W piątek
Chorwacja weszła na ostatnią prostą do Unii. 20 lat po ogłoszeniu niepodległości, której konsekwencją był rozpad Jugosławii i krwawa wojna kosztująca życie co najmniej 100 tys. ludzi, traktat akcesyjny podpisali w Brukseli lewicowy prezydent Ivo Josipović i schodząca ze sceny politycznej konserwatywna premier Jadranka Kosor. Jej partia Chorwacka Wspólnota Demokratyczna (HDZ) przegrała właśnie wybory i do Unii wprowadzi Chorwację lewicowa koalicja.
Z wyjątkiem ostatnich 20 lat i czasów b. Jugosławii Chorwacja była przez wieki pod czyimś panowaniem: Węgrów, Habsburgów, Turków, Niemców. Na sumieniu ma też ciemny epizod wojennego państwa Ustaszy kolaborujących z Hitlerem. Paradoksalnie po krwawym wyjściu z jednej federacji, tej jugosłowiańskiej, wchodzi na własne życzenie do innej niby-federacji: Unii Europejskiej.
Dziś jest na to zapewne najgorszy moment - Europa jest po uszy w kryzysie i na progu podziałów. W budżecie UE na lata 2013-15 czeka na Chorwatów 3,5 mld euro unijnych funduszy, ale czy Unia będzie dalej szczodra, nie wiadomo. - Dobrze, że nam się udało, ale z czego tu się cieszyć? - mówi mi Dalibor Blažina, profesor polonistyki Uniwersytetu w Zagrzebiu. - Nie wiemy, jak będzie wyglądała Unia, kiedy do niej wejdziemy. Może nie będzie już do czego wchodzić? - zastanawia się. Podobnie myśli wielu Chorwatów.
Zanim Chorwacja zostanie 28. członkiem UE, co ma nastąpić 1 lipca 2013 r., wiele się jeszcze może wydarzyć. Być może już w lutym 2012 r. odbędzie się referendum w sprawie członkostwa. Według sondaży 60 proc. obywateli poprze członkostwo w UE. Niczego nie można jednak wykluczyć. Jak tłumaczy ekspert od Bałkanów Adam Balcer, wpływowy w Chorwacji Kościół katolicki jest niechętny Unii, a prawie 90 proc. mieszkańców to katolicy. Nosem kręcą też rolnicy.
W dodatku zdaniem Balcera członkostwo godzi w młody chorwacki nacjonalizm budowany na micie wielkiej wojny z Serbią. Dla Europy ta chorwacka wojna niepodległościowa to głównie zbrodnie wojenne i morze uchodźców. Zaś traktowani wciąż przez wielu Chorwatów jak bohaterowie dowódcy, jak generał Ante Gotovina, to dla Brukseli zbrodniarze wojenni.
Poza tym nawet jeśli referendum będzie na tak, to chorwacki traktat musi być jeszcze ratyfikowany przez 27 krajów UE, a to może być problem. Wystarczy, że Unia uzna, iż walka z korupcją w Zagrzebiu straciła impet, a członkostwo może się przesunąć w czasie. Nie można też wykluczyć, że któraś z unijnych stolic zatrzyma ratyfikację, chcąc coś w zamian uzyskać od Zagrzebia, np.
Słowenia, z którą Chorwaci spierali się o kawałek Zatoki Pireńskiej (co wstrzymało w 2008 r. negocjacje).
- Ludzie martwią się o przyszłość. Sam nie wiem, skąd aż 60 proc. poparcia dla członkostwa - mówi Blažina. - Może dlatego, że spełnia się część naszego mitu, że zawsze należeliśmy do Europy - dodaje. W latach 70. Chorwaci jako Jugosłowianie mieli to wszystko, o czym Polacy mogli wówczas tylko śnić: wolność, dumę, zamożność, ruch bezwizowy po Europie. Wojna cofnęła ich o dekady wstecz. Dopiero w 2005 r. odzyskali poziom zamożności sprzed 1992 r.
Po porozumieniu z Dayton w 1995 r. Chorwacja zaczęła się rozwijać, głównie dzięki miliardom dolarów zagranicznych inwestycji i turystyce. Politycznie tkwiła jednak w stagnacji za sprawą nacjonalistycznych rządów "ojca narodu" Franjo Tudjmana. Demokracja w zachodnim rozumieniu zaczęła się umacniać po jego śmierci w 1999 r. Ale niezdrowe układy między polityką a biznesem z czasów wojny i Tudjmana przetrwały do dzisiaj. Sprzyjał temu wielki sektor państwowy i dominacja jednej partii - tudjmanowska Chorwacka Wspólnota Demokratyczna rządziła przez prawie 17 lat.
W ten sposób korupcja stała się największym problemem Chorwacji na drodze do Unii. Zaś HDZ, która pod przymusem Brukseli zaczęła ją zwalczać, sama poległa w tej walce. Powołany do walki z korupcją niezależny urząd zablokował konta HDZ, prowadząc śledztwo w sprawie nielegalnego finansowania wyborów. O korupcję oskarżonych jest wielu partyjnych bonzów i ministrów.
Chorwacja musiała pokazać Unii, że w walce z korupcją jest w stanie zrobić wszystko. Tak za kratki trafił (po wręcz filmowej ekstradycji z Austrii) wywodzący się z HDZ były premier Ivo Sanader, który rządził Chorwacją w latach 2003-09. Zarzuca mu się, że w latach 90. jako wiceminister spraw zagranicznych wziął łapówkę w wysokości 480 tys. euro przy negocjacjach o pożyczkę dla Chorwacji w austriackim banku Hypo Alpe Adria Bank Group. W zamian bank miał uzyskać uprzywilejowaną pozycję na chorwackim rynku. Na Sanaderze ciąży też zarzut przyjęcia 10 mln euro łapówki od węgierskiego koncernu energetycznego MOL. Według prokuratury stał on za planem stworzenia w latach 2004-09 "funduszu łapówkowego" dla HDZ. Prokuratura zarzuca mu, że naraził też budżet państwa na stratę wysokości 6 mln euro.
Były premier odpiera zarzuty, a część ekspertów jak np. Marta Szpala z Ośrodka Studiów Wschodnich twierdzi, że dla swej partii stał się wręcz kozłem ofiarnym. - Sanader to tylko wierzchołek góry lodowej - mówi Szpala. - Rozprawa z korupcją zacznie się po zmianach w ministerstwie sprawiedliwości - dodaje, tłumacząc, że w odróżnieniu od prawicy lewicowy rząd nie będzie miał żadnych skrupułów.
Z Chorwacją do Unii wejdzie 4,3 mln ludzi, 46,3 mld euro (na tyle w 2011 r. ocenia się chorwacki PKB), 1,2 tys. pięknych wysp, malownicze wybrzeże adriatyckie, ale też niestety kontrolowana w większości przez państwo kulejąca gospodarka.
Zarówno w Zagrzebiu, jak i w Brukseli nie brak głosów, że Chorwacja, niegdyś druga co do zamożności republika Jugosławii, a do 2008 r. lider w regionie, może stać się teraz stać druga Grecją. Na skutek kryzysu finansowego w 2009 r. kraj pogrążył się w recesji i wychodzi z niej bardzo powoli. W kraju panuje wysokie bezrobocie (od 13 do 17 proc. według różnych danych), tysiące zatrudnionych pracują bez wynagrodzenia, a kłopoty z płynnością finansową paraliżują działalność wielu małych przedsiębiorstw. Dług publiczny Chorwacji przekroczył 100 proc. PKB.
Nowy rząd będzie musiał przeprowadzić radykalne reformy, zacisnąć pasa i zacząć prywatyzację, której prawica unikała jak ognia. - Tak naprawdę nie zaznaliśmy jeszcze kryzysu, bo odchodzący rząd kupował czas, nie robiąc nic, co dotknęłoby ludzi - przyznaje Dalibor Blažina. Lewica nie będzie miała tego luksusu i, jak mówi Marta Szpala, nowy rząd daje sobie pół roku na reformy, a jeśli się mu nie uda, będzie prosił o pomoc Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Dla wielu polityków w Europie członkostwo Chorwacji w Unii to przede wszystkim polityczna inwestycja w stabilność Bałkanów Zachodnich. Jeśli Zagrzebiowi w Unii powiedzie się, to w jego ślady pójdzie Serbia,
Czarnogóra,
Macedonia oraz Bośnia i Hercegowina. Jeśli wejście Chorwacji okaże się fiaskiem, Bałkany pozostaną dalej czarną dziurą Europy. Serbia zwróci się ku Rosji, Bośnia ku Turcji, a Czarnogóra będzie dalej wielką pralnią brudnych pieniędzy. Bo tak jak kraje Unii są zmęczone jej ciągłym rozszerzaniem, tak niektóre kraje kandydujące (np.
Turcja) zaczynają być zmęczone dążeniem do członkostwa.