Magdalena Grzebałkowska: Od czego zaczynałeś fotografowanie pod wodą? Wojciech Surdziel: Od tego, że chciałem to wszystko rzucić w diabły.
Dlaczego? - Bo było za trudno jak na mój początek fotografowania pod wodą. Byłem na Wyspach Alandzkich na Morzu Bałtyckim, gdzie są wspaniałe wraki do oglądania. Tam nie wolno nic zabierać ze sobą z wraków, więc w mesie kapitańskiej stoją wciąż skrzynki zakorkowanego szampana, na pokładzie jest koło sterowe i osprzęt.
Schodziliśmy głęboko, na 60 m, było zimno i całkowicie ciemno. Pracowałem już długo jako fotograf prasowy, ale nie miałem żadnego doświadczenia w robieniu zdjęć pod wodą. Po pięciu nurkowaniach w tym samym miejscu nadal nie miałem żadnego dobrego zdjęcia. Były niewyraźne, niedoświetlone albo za jasne. Za szóstym razem zostawiłem aparat na lądzie i zanurkowałem, żeby spokojnie zobaczyć, jak piękny jest wrak tego żaglowca. Takiej liczby wraków - zwłaszcza drewnianych - jak w Bałtyku, nie ma nigdzie indziej na świecie. A widoczność pod wodą jest czasem lepsza niż w Morzu Czerwonym czy na Karaibach.
Kiedy udało ci się zrobić pierwsze dobre zdjęcie pod wodą? - Też tam, ale raczej przypadkiem. Po prostu w masie nieudanych fotografii znalazła się jedna dobra - kolegi przy kole sterowym.
Od dawna nurkujesz? - Od dziewięciu lat. Fotografować pod wodą zacząłem kilka lat później. To droga zabawa. Jeśli chcesz robić dobre zdjęcia na dużych głębokościach, musisz zainwestować.
Ile? - Nie ma górnej granicy kosztów sprzętu. Można oczywiście zabrać ze sobą na głębokość 60 m cyfrową małpkę w specjalnym wodoszczelnym worku albo w plastikowej obudowie za kilkaset złotych, ale nie widzę w tym sensu. Porządna lustrzanka plus obiektyw to już parę tysięcy złotych. Na większe głębokości obudowa musi być aluminiowa, bo tylko taka wytrzymuje wysokie ciśnienie wody. Za moją zapłaciłem rok temu ok. 2,5 tys. dol. Do tego dochodzi port, czyli osłona obiektywu, to może kosztować nawet kilka tysięcy złotych. I jeszcze podwodne lampy błyskowe, ramiona, przewody synchronizacyjne. Worek bez dna.
To jak my mamy uczyć pana Mirka fotografii podwodnej? On właśnie wydał połowę sumy, o której mówisz, na rodzinne wakacje w Egipcie i zabiera swoją zwykłą małpkę. - I bardzo dobrze. Najlepiej zacząć od robienia zdjęć dzieciom przy brzegu. Potem rybkom przy koralowcu, w ciepłej wodzie, w pełnym słońcu, do głębokości kilku metrów.
Pan Mirek może się tego nauczyć i do końca życia robić świetne zdjęcia, a znajomi będą wzdychać z zazdrością i podziwem. Być może pan Mirek ma wodoszczelną cyfrówkę kompaktową, która według instrukcji wytrzyma zanurzenie nawet do pięciu metrów. Ale nie liczyłbym na to, że zrobi nią jakieś zdjęcie pod wodą. Taki aparat wykorzystałbym do taplania się w morzu po kolana, na spływie kajakowym, żaglówce czy plaży. Wtedy nie ma strachu, że woda czy piasek zniszczą aparat.
A jeśli jego aparat nie jest wodoszczelny, a on mimo wszystko chce zrobić jakieś zdjęcia pod wodą? - Musi wówczas kupić wodoszczelny pokrowiec na aparat. One są zrobione z grubej folii. Nie kosztują dużo i mają różne rozmiary, więc w największych zmieści się też lustrzanka z obiektywem i lampą błyskową. Albo powinien kupić plastikową obudowę. Taką, która mieści małpkę, przypomina kształtem mydelniczkę i pasuje tylko do konkretnego modelu aparatu. Ceny zaczynają się już od stu złotych. Wtedy, jeśli pan Mirek snorkuje, czyli pływa z maską, fajką i płetwami, może pokusić się o robienie zdjęć kilka metrów pod wodą.
Wyobrażam sobie strach fotografa, który po raz pierwszy zanurza swój zabezpieczony aparat w wodzie. Próbujesz najpierw w wannie? - W wannie może nie przeciekać, bo ciśnienie jest małe. Dobrze wybrać się z obudową przynajmniej na basen. Czasem może przeciekać już na trzech metrach. Najpierw powinno się wsadzić do wody pustą obudowę, do pokrowca radzę coś jednak włożyć, bo ciśnienie go sprasuje.
Najważniejsze to stosować się ściśle do zaleceń instrukcji i przestrzegać higieny. Podczas zamykania obudowy może spaść nam włos lub ziarnko piasku na jej krawędź i na większej głębokości spowodować rozszczelnienie obudowy i zalanie aparatu. Mnie się to nigdy nie zdarzyło, ale słyszałem o takich wypadkach. Musiało boleć właściciela.