Jeśli chcesz wziąć udział w konkursie i wygrać atrakcyjne nagrody, dopasuj swoje zdjęcie do jednej z ośmiu kategorii i wrzuć je na FotoForum lub Photobloga
- Proszę spojrzeć na tego pana - Bogdan Dziworski pokazuje mi zdjęcie mężczyzny leżącego na trawie - no, orkiestrant pijany w trupa odpoczywa sobie zadowolony, koledzy na niego czekają, nawołują, a on się relaksuje. Niektórzy sądzą, że to pozowane zdjęcie, a ja z wrażenia zrobiłem je lekko nieostre, poruszone.
- A tej pani dałem swój aparat, nie wiem dlaczego, o i taki portret powstał - oglądamy jedno z najbardziej znanych zdjęć Dziworskiego. "Starsza kobieta z aparatem fotograficznym w Łodzi, 1964 r.", które znalazło się w albumie wydanym z okazji 40 lecia World Press Photo.
- A tu wskoczyłem na piętro i sfotografowałem podwórko z góry, ładne te ślady po kołach, zresztą co tu opowiadać, wszystko przecież widać.- odwraca głowę od albumu swoich zdjęć "1/250" wydanego kilka lat temu. Album przywiozłam na spotkanie z nim do Łodzi, gdzie właśnie prowadzi ostatnie przed wakacjami zajęcia ze studentami z fotografii.
***Dziwor, bo tak o nim mówią przyjaciele, nazywany jest polskim Cartier Bressonem. Podobnie jak mistrz francuskiej fotografii całe życie fotografuje leicą z obiektywem 50 mm. - Używam tylko tego obiektwu, bo ma on kąt widzenia ludzkiego oka, czyli nie przekłamuje rzeczywistości i jest uczciwy wobec fotografowanych ludzi - mówi.
***Dziworski bardziej znany jako operator filmowy i reżyser, autor blisko 40 filmów krótkometrażowych, średniometrażowych i fabularnych, nagradzany na najbardziej prestiżowych festiwalach filmowych, fotografuje od lat. Najczęściej Łódź, gdzie się urodził w 1941 r., wychowywał, potem studiował, teraz tu wykłada. - Mam swoje trasy, które kiedyś przemierzałem kilka razy dziennie, ulubione podwórka i place zabaw, parki. Fotografuję to, co jest pod ręką.
Dziewczynka ze skakanką, chłopcy grają w piłkę. Ludzie odpoczywają na festynie, para całuje się obok karuzeli. Orkiestra wraca z wesela na lekkim rauszu. Kobieta pozuje do zdjęcia mężczyźnie w Central Parku, tłum czeka na koncert Elli Fitzgerald. Łodź, Warszawa, Nowy York, Siedlce, Paryż, Częstochowa, Sofia, Meksyk. Rok 1962, 1975,1987, 1999.
Czas i miejsce nie mają znaczenia, Dziworski nie jest reporterem, interesuje go człowiek, codzienność, zwyczajność. Na wszystkich jego zdjęciach są ludzie, pokazani szczerze, z humorem i życzliwością, uchwyceni w zwykłych-niezwykłych sytuacjach. Jego fotografie są jak anegdoty, pełne ciepła i ironii. Nigdy nie kpi z ludzi, nawet gdy pokazuje ich ułomności, nieporadność.
- W jego przypadku doskonale sprawdza się teza, że zdjęcie w połowie odzwierciedla fotografowaną rzeczywistość, a w połowie człowieka, który stoi za aparatem. Bodzio jest dorosłym mężczyzną o twarzy uśmiechniętego chłopca, któremu nikt nie potrafi odmówić - mówi przyjaciel Dziworskiego, reporter Tomasz Tomaszewski.
***Tadeusz Konwicki we wstępie do albumu "1/250" przyznaje, że czyta zdjęcia Dziworskiego jak wiersze: "Na pierwszy rzut oka robią wrażenie fotografii reporterskich. Wyzute z pokus estetyzowania, malarskich nastrojów, tego natrętnego artyzmu, który czai się w aparacie fotograficznym. Są często nawet brutalne. Po chwili wszakże doznaję olśnienia, spostrzegam morał, przesłanie, niezwykłość zaobserwowanej chwili naszego życiorysu. I tak jak w wierszu rozkoszuję się metaforą, hiperbolą czy poetyckim symbolem ukrytym w zgrzebności naszego powszedniego bytu".
***W czasach, gdy wszyscy wszystko fotografują, Bogdan Dziworski, profesor na Wydziale Filmowo-Telewizyjnym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, zapytany czy trudno jest zrobić zdjęcie, odpowiada, że bardzo trudno, łatwiej jest zrobić film. - Dobre zdjęcie trzeba sobie wychodzić, trzeba dużo fotografować, ale świadomie. Tu nie ma reguł, trzeba szukać i być czujnym.
Do garderoby, w której rozmawiamy, wchodzą studenci i nieśmiało pokazują profesorowi efekt swojej pracy, trzy polaroidy, trzy portrety w różnym oświetleniu.
- Trochę cukierkowo wyszło. Nie podoba mi się to światło. Może przesuńcie ten kadr, po co pokazywać koszulę, więcej głowy chcemy zobaczyć - tłumaczy wpatrzonym w niego studentom. Wracają do studia, by poprawić ujęcie.
- Do wszystkiego trzeba dojść samemu - mówi do mnie. - To wymaga pracy. Zdjęcie jest albo go nie ma, a temat jest wszędzie. Nawet tu i teraz, w tej chwili też jest temat.
***Dziworski niewiele mówi o sobie, jeszcze mniej o swoich zdjęciach. Nie udziela wywiadów. Ostatnio namawiany na rozmowę przez dziennikarkę magazynu fotograficznego, zaproponował, by wywiadu udzieliła żona.
Zapytany o mistrzów fotografii, których spotykał, wyraźnie się ożywia. Wspomina rozmowy z Richardem Avedonem i Robertem Frankiem w USA, opowiada o Manuelu Alvarezie Bravo, wybitnym meksykańskim fotografie, o którym robił dokument.
Henri Cartier Bresson, do którego 24-letni Dziworski napisał list z pytaniem o możliwość współpracy z agencją Magnum, tak ocenił jego zdjęcia: "Osobiście bardzo podoba mi się ich żywość, świeżość, szczerość". To było jego marzenie, znaleźć się w tak prestiżowej grupie fotoreporterów, ale życie ułożyło się inaczej i noc z tego nie wyszło.
***
Znowu przychodzą studenci. - Jest? - profesor pyta ustawionych jeden za drugim, przyszłych fotoreporterów podających mu zdjęcia. - Tu zmieniliśmy przesłonę o dwie działki - odpowiadają fachowo, wiedząc, że mistrza interesuje konkret. - Dobrze, proszę teraz podejść bliżej, z tym okiem trzeba jeszcze popracować. Może jakoś od dołu spojrzeć, inny kierunek proszę obrać, dopracować - zachęca trochę już zniecierpliwionych studentów.
***
Mówi, że najlepsze są zdjęcia, których nie zrobił, bo albo nie miał przy sobie aparatu, albo nie uchwycił tego jedynego, decydującego momentu.
- W ciągu całego życia można zrobić pięć albo sześć dobrych zdjęć. Najlepsze zdjęcia się nie starzeją, jak dobre filmy, które można oglądać przez lata i odkrywać na nowo - tłumaczy.
- Zawsze interesował mnie człowiek w jakiejś sytuacji, portret w ruchu, nieupozowany, który mówi prawdę. To jest dosyć trudne, bo trzeba za tym człowiekiem trochę pochodzić, poszukać odpowiedniego oświetlenia, znaleźć drugi plan, jak się ma szczęście trzeci plan, którym może być inny człowiek, zgrać te wszystkie rzeczy i wtedy może coś powstanie - opowiada Dziworski.
- Musi być napięcie i wtedy jest temat - powtarza.