http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Media nie strzelają

Rozmawiał Jarosław Makowski
2010-08-06, ostatnia aktualizacja 2010-08-06 17:21

Człowiek jest coraz bardziej samodzielny w swoich duchowych wyborach, ale to nie znaczy, że wybiera to, co jest dla niego wygodne - mówi w rozmowie z Jarosławem Makowskim profesor Katarzyna Skowronek

Jarosław Makowski
Fot. Tomasz Wiech / AG
Jarosław Makowski
ZOBACZ TAKŻE
Jarosław Makowski: Media, szczególnie telewizja, informuje widzów o świecie, ale i wychowuje - kształtuje ich gusta, styl życia, sposoby zachowania... Czy religii też uczymy się z telewizji? Myślę o szerokim spektrum - od transmisji mszy poprzez mówienie o prawdach wiary, a kończąc na promowaniu określonych postaw etycznych.

Zacznijmy od mszy. Obraz telewizyjny nie jest reprezentacją rzeczywistości, ale jej symulacją, choć zbudowaną (w sensie "materiału") z elementów rzeczywistości. Jest zawsze konstrukcją, aktem kreacji, mimo iż do złudzenia przypomina nam świat "jaki on jest naprawdę". Na tym polega "magia" telewizji. Widz może sobie tej iluzji telewizyjnej nie uświadamiać. Wszyscy zresztą jej w różnym stopniu ulegamy, a nawet z miłymi uczuciami niekiedy się poddajemy. Oprócz tych, oczywiście, którzy nie oglądają jej wcale...

...czyli pełne i głębokie uczestnictwo wiernych w mszy telewizyjnej to złudzenie?

Im mniej zdajemy sobie sprawę z owego kreacyjnego wymiaru telewizji albo im mniej o tym pamiętamy, tym bardziej możliwe jest przeżycie religijne, głęboka modlitwa, doznanie religijnych przeżyć w czasie oglądanej mszy.

Druga sprawa - przekaz treści religijnych. W jakimś stopniu telewizja pełni funkcję edukacyjną. Ale to nie jest jej "podstawowa misja" mimo tu i ówdzie wygłaszanych deklaracji różnych jej dysponentów.

Cóż więc jest celem TV?

Przyjemność, rozrywka, rodzaj "wspólnego biesiadowania". Dzisiejsza wielość kanałów tematycznych powoduje, że w zależności od moich "gustów smakowych i przyzwyczajeń" w tej dziedzinie mogę częściej lub rzadziej mieć ochotę na taką "religijną strawę". Zawsze jest to element mojego wyboru dokonywanego za pomocą pilota. Nie może zatem być mowy o jakimś przekazie, w którym na kształt paczki zastały zapakowane różne pożądane przez nadawcę religijne treści, i który - za pośrednictwem tego czy innego medium - trafia wprost do naszych głów. To jest model telewizji - "narzędzia ewangelizacji", służącego do przekazywania pożądanych treści, o którym zapewne marzą i śnią różni "religijni" dysponenci. Na szczęście - w dzisiejszych warunkach audiowizualnych - jest on nierealny.

A kształtowanie postaw etycznych? Ekrany zapełniają dziś nie tylko psychologowie, którzy mówią nam jak żyć, ale także księża. Pouczają, jak radzić sobie z cierpieniem, jak otrząsnąć się po stracie kogoś bliskiego, jak uprawiać seks, który podoba się Bogu...

Telewizja nie może być traktowana jako główny czy jedyny nauczyciel wartości. Mimo że studia telewizyjne zapełniają dziś psychoterapeuci, księża, lekarze . Może spełniać ten obowiązek tylko "przygodnie". "Dobroć" telewizji - np. rozmaite akcje charytatywne przez nią organizowane - ma zresztą Janusowe oblicze. Stoją na przykład za nią reklamodawcy i ich reklamy.

Czy Kościół powinien się więc reklamować tak, jak reklamuje się proszek do prania? Innymi słowy: czy Kościół może sobie pozwolić na Wielką Wyprz?

Reklama jest tą formą perswazyjnego oddziaływania na odbiorcę, konsumenta, która w sposób jednoznaczny wiąże się z zasadami rynku komercyjnego, handlem, pieniędzmi, czyjąś korzyścią finansową. Mówimy dziś o procesie supermarketyzacji religii. To założenie, że nasza współczesna mentalność klienta dotyczy także sfery duchowej. Jeśli tak, to reklama religii jak proszku do prania mieści się w takim widzeniu spraw religijnych bardzo dobrze. Może zwabić jednak tylko tych, którzy do spraw religijnych podchodzą w taki właśnie, konsumencki, wybiórczy sposób. Ale duchowi przekazu ewangelicznego obce są raczej mechanizmy ekonomiczne w taki sposób pojmowane. Jeśli więc mowa o reklamowaniu Kościoła, to raczej w takim sensie, w jaki dziś rozumiemy sposoby działania tzw. reklamy społecznej. Przekazywania społeczeństwu pewnej idei tak, aby ono ją "kupiło", by uznało ją za własną. Istnieją np. popularne, zagraniczne "reklamówki" Kościoła katolickiego, które odwołując się do znanych powszechnie symboli: McDonaldsa, Coca Coli, czy filmów typu "Matrix", "Faceci w czerni", "James Bond", promują "katolickość". Trudno byłoby mi ocenić ich skuteczność. Ale przekornie zapytam: komu w Polsce trzeba reklamować religię katolicką, skoro - jak uparcie twierdzi hierarchia - ponad 90 proc. społeczeństwa jest katolickie?

Mnie martwi to, że katolicyzm idzie dziś na kompromis z popkulturą. Żarty o podtekście religijnym w popularnych "show" to chyba znak, że religie można traktować z przymrużeniem oka...

Słowo "kompromis" nie jest tu dobre. Tworzy wrażenie, że Kościół coś musi na tym stracić, podczas gdy kultura popularna - nic.

Bo popkultura zyskuje, a katolicyzm traci. Między innymi swoją powagę. Wiara, w której gra idzie o zbawienie, to przecież nie gra w warcaby.

Religia współistnieje z popkulturą, nie zawsze zresztą w przyjaznych relacjach. Więc może chodzi o to, by relacje były jednak przyjazne. Powiedziałabym, że obie te sfery powinny istnieć w pewnej symbiozie, relacji, ale nie nazbyt ścisłej. Oby jednak nie nastąpiła całkowita identyfikacja, jakieś przedziwne "stopienie". Teksty popkulturowe powinny być jedną z dróg, którą Kościół katolicki w Polsce dociera do wiernych. Jedną z dróg. Przenieść się całkowicie do Sieci czy Telewizji nie powinien. W medialnej rzeczywistości ciągle jeszcze - paradoksalnie - działa na nas bezpośrednie dobre słowo, osobisty przykład naszego życia.

Tyle, że u nas, jeśli chodzi o język religijny - dominuje kościelna nowomowa. Księża nas "ubogacają". Z drugiej mamy popkatolicyzm, który sprowadza religię do tego, że "Jezus jest zajebisty".

To dwie skrajności religijnego języka publicznego. Tymczasem jego zróżnicowanie jest ogromne. Jest wiele języków i tekstów "pomiędzy". Gdzieś pośrodku są chyba księża katecheci - niektórzy z nich zapewne bliżej owej nowomowy kościelnej, a gdzieś też młodzi ludzie, uczestnicy różnych wspólnot chrześcijańskich, którzy odtwarzają w sytuacji wspólnotowej mowę popkultury, bo jest ona w dużym stopniu ich mową.

Możemy zmieniać negatywne aspekty publicznej polszczyzny, te skrajności właśnie, mając na uwadze, że to one, ze względu na swój "szeroki obieg", kształtują naszą prywatną mowę w sferze sakralnej. A mowa ludzka w tej dziedzinie jest szczególnie delikatna. Łatwo wyczuwa wszelkie fałsze, dysonanse, sztuczności.

To jaką rolę w naszym "katolickim społeczeństwie" pełni język religijny?

Język może nas otwierać, być "furtką" przez którą przechodzimy, chcąc spotkać się ze światem i innymi ludźmi. Od nas zależy, jak szeroko tę furtkę uchylimy. Ryzyko, oczywiście, istnieje. Gdy "otwieramy" nasze słowa, rezygnując z czarno-białych wizji świata, jakiś "straszny potwór" ze świata kultury popularnej, mający sympatyczną twarz np. Dextera albo doktora House'a, może wejść do "ogródka" naszej duszy i tam natychmiast dokonać jakichś "wielkich i nieodwracalnych szkód". Jest też mało prawdopodobne, że po obejrzeniu serii odcinków "Włatcy móch" nagle zaczniemy przeklinać na prawo i lewo. Przekazy medialne nie działają na nas jak pocisk: padamy trafieni zgubną treścią,

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':