W procedurze kościelnej uznanie małżeństwa za nieważne (tzw. rozwód kościelny) możliwe jest w sytuacji, gdy sąd kościelny uzna, że jedno lub oboje małżonków w momencie zawierania małżeństwa nie spełniało pewnych warunków. Mogą to być sprawy formalne (np. nieodpowiedni wiek, pozostawanie w innym związku małżeńskim). Może też chodzić o sprawy bardziej subtelne.
- Jeśli np. podczas małżeństwa ujawniła się choroba psychiczna, sąd może zbadać, czy dana osoba nie chorowała przed jego zawarciem. I czy ta choroba w dniu przysięgi małżeńskiej nie powodowała nieważności małżeństwa. Podobnie w przypadku niedojrzałości emocjonalnej - wyjaśnia nam ks. dr hab. Krzysztof Warchałowski, kierownik Katedry Prawa Wyznaniowego i Konkordatowego na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiegoi sędzia Sądu Metropolitalnego w Warszawie.
W takich przypadkach czasem potrzebna jest opinia lekarza. Ale lekarzy obowiązuje tajemnica lekarska, którą zdjąć z nich może tylko sąd powszechny działający w imieniu państwa.
O tym problemie w 2005 r. rozmawiały rządowa i kościelna komisja konkordatowa. Rząd postanowił, że jeśli sąd kościelny będzie potrzebował opinii biegłego lekarza, minister sprawiedliwości nakaże sądowi powszechnemu jej przeprowadzenie.
Na jakiej podstawie prawnej?
Odpowiadając we wrześniu na interpelację poselską Tomasza Kamińskiego (Lewica) w tej sprawie, podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości Piotr Kluza wyjaśnił, że według ministerstwa sądy kościelne to "inne organy orzekające" w rozumieniu ustawy o ustroju sądów powszechnych. A ta ustawa mówi, że sądy dla takich "organów" mają obowiązek wykonywać czynności dowodowe, jeśli wniosek przekaże minister sprawiedliwości.
Z odpowiedzi min. Kluzy wynika, że do tej pory był jeden taki przypadek. Nieudany. Osoba, o przebadanie której przez psychiatrę zwrócił się Sąd Metropolitalny w Katowicach, nie zgłaszała się na badanie. A nie zdecydowano się doprowadzić jej siłą.
Taką interpretacją prawa zdziwiony jest przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa sędzia Sądu Najwyższego Stanisław Dąbrowski. - Nie mam wątpliwości, że "inne organy orzekające" z ustawy to organy państwowe, a nie jakichkolwiek organizacji, np. kościelnych. Gdyby ustawodawca chciał, by sądy powszechnie tak współpracowały z kościelnymi, to musiałby to wyraźnie zapisać w ustawie. Jednak wtedy powstałby problem równości wyznań. Nie mówiąc już o tym, że ciągle nakładanie na sądy nowych obowiązków paraliżuje ich pracę - mówi "Gazecie" sędzia Dąbrowski.
Podobnie uważa dr Paweł Borecki z Katedry Prawa Wyznaniowego na UW. Tłumaczy: - Sąd powszechny występuje w roli świeckiego ramienia Kościoła katolickiego, nakładając na obywatela przymus np. poddania się badaniu psychiatrycznemu, którego wynik będzie użyty w sprawie o stwierdzenie nieważności jego małżeństwa. Konstytucja mówi wyraźnie, że państwo i związki wyznaniowe są niezależne w swoich dziedzinach. Pomoc w unieważnieniu małżeństwa trudno też uznać za realizację konstytucyjnej powinności współdziałania państwa i związków wyznaniowych "dla dobra człowieka i dobra wspólnego".
Ks. Warchałowski uważa, że sądy kościelne obywają się bez pomocy powszechnych, bo proces kanoniczny rządzi się innymi prawami. - Przesłuchujemy strony i świadków, korzystamy z materiału dowodowego i opinii biegłych, w tym psychologów, którzy nie są związani tajemnicą lekarską. W moim sądzie nie zdarzyło się, byśmy potrzebowali pomocy sądu powszechnego - mówi.
Stwierdzenie przez sąd kościelny nieważności zawarcia małżeństwa nie oznacza rozwodu w rozumieniu prawa świeckiego. Dla państwa małżeństwo nadal jest ważne. Ale w sprawie przed sądem powszechnym fakt uzyskania rozwodu kościelnego może mieć znaczenie.
Dla "Gazety" prof. Jerzy Ciemniewski, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, b. sędzia Trybunału Konstytucyjnego
- Sąd kościelny jest instytucją społeczności wyznaniowej, a nie państwa. Zrównanie go z organami państwa i zobowiązywanie sądów powszechnych do pomagania mu to naruszenie zasady świeckości państwa. Istnieje rozdział między instytucjami państwa i Kościoła. To niedopuszczalne, by sąd powszechny używał swojej władzy nad obywatelem na rzecz "organu" instytucji pozarządowej.
Źródło: Gazeta Wyborcza