Podczas dyskusji w TV profesor Mastalerz na dramatyczne pytanie, jak walczyć ze zmianami klimatu, powiedział, że jeżeli czujemy, że robi się cieplej, to powinniśmy starać się przebywać w cieniu, a jeżeli robi się zimniej, to powinniśmy się cieplej ubierać. I że to jest w zasadzie wszystko, co możemy zrobić. Reszta zależy od czynników całkowicie od nas niezależnych. Ostatecznie wikingowie nie przypadkiem nazwali Grenlandię zielonym lądem. Nie tak znów dawno ta lodowa kraina była cieplutka i zazieleniona. A u nas, ba! nawet i w południowej Szwecji były winnice. I świat jakoś to przetrzymał.
Nie znam się na tych sprawach. Ale jeżeli słucham profesora klimatologa, to - choć przyjmuję, że może się mylić - wierzę mu jakoś chętniej niż młodzieńcowi, który z ogniem w oczach wykrzykuje wzniosłe hasła. Szczególnie że w moim długim życiu sporo się już napatrzyłem na młodych bojowników, krystalicznie uczciwych, którzy z ogromnie szlachetnych pobudek z podobnym ogniem w oczach walczyli o rozszerzenie się w świecie zarazy komunistycznej. Nie mam tu akurat na myśli komsomolców i zetempowców, ale młodzież, która miała szczęście żyć w wolnym świecie.
W latach potęgi ZSRR było coś takiego jak równowaga sił między dwoma obozami. Z jednej strony zachodnie demokracje, z drugiej sowiecki imperializm, który po prostu nie mógł usiedzieć w stałej chęci zawładnięcia światem. Miał już Europę Wschodnią, zdobył przyczółek na Kubie, to tu, to tam łapał coś w Afryce, połknął
Wietnam Południowy, wszystkich zdobyczy nie wyliczę, w każdym razie jego cele były oczywiste i główną gwarancją bezpieczeństwa cywilizowanego świata była potęga militarna
USA. I w tym czasie tłumy młodych zapaleńców, w których dobre serduszka, szczerość i uczciwość nie wątpię, urządzały protesty przeciwko bazom amerykańskim w Europie, ofiarnie rzucały się pod ciężarówki, przykuwały do szyn i w ogóle robiły, co się da, żeby tych niedobrych krwiożerczych Amerykanów z Europy wyrzucić.
Oczywiście nie stawiam znaku równości między ówczesnym ZSRR z jego celem strategicznym a tymi, którzy dziś postanowili walczyć z ociepleniem, nie podejrzewam ich o niecne zamiary, ale w obliczu widocznej dysproporcji między ich świętym oburzeniem na rządy, które nie walczą z ociepleniem, a głosami licznych fachowców, którzy wytykają temu świętemu oburzeniu zupełny brak podstaw - ośmielam się zachowywać rezerwę w stosunku do bojowników. Gorąco apeluję, żeby podchodzili do całej sprawy nieco refleksyjniej.
Mimo iż - przyznaję - globalne ocieplenie zrobiło się tak globalne, że wpłynęło nawet na naszego prezydenta i premiera. Ocieplenie stosunków trwało bardzo długo, bo od radosnego powrotu z Brukseli, aż do poniedziałku, kiedy to pan prezydent znów poszedł w szkodę. Narodową. Teraz nastąpi wahnięcie w stronę zlodowacenia, całkiem - po kolejnym liberum veto - usprawiedliwione.