Kilkuosobowa grupa uczonych z całego świata, w tym nasz prof. Piotr Tryjanowski z Instytutu Biologii Środowiska UAM w Poznaniu, wykonała tytaniczną pracę. Badacze kierowani przez prof. Cynthię Rosenzweig z amerykańskiej NASA, przez dwa lata ślęczeli nad prawie kilkudziesięcioma tysiącami danych dotyczących zmian w rytmach przyrody zachodzących na sześciu kontynentach (bez Antarktydy). Zaglądając do prac swoich kolegów po fachu, przeanalizowali cykle fenologiczne roślin i zwierząt, a także przyrodę nieożywioną, np. rzeki i lodowce. Sięgnęli daleko - do danych od roku 1970.
Ich werdykt jest jednoznaczny. W 90 proc. zbadanych przypadków widać, że ocieplenie klimatu zmienia przyrodę tak, jak przewidywali uczeni.
Na naszych oczach - W Polsce zwróciliśmy uwagę przede wszystkim na zmianę zachowania ptaków - opowiada "Gazecie" prof. Tryjanowski. - Np. bocian biały wraca do nas wiosną o tydzień, dwa wcześniej niż kiedyś. A część naszych ptaków w ogóle nie odwiedza już Afryki. Zimują m.in. w Bułgarii. A ponieważ mają bliżej do domu, to o jakieś dwa tygodnie wcześniej niż kiedyś przystępują do rozrodu. Nie boją się nawrotów zimy, jakie zdarzają się w marcu czy kwietniu.
Prof. Tryjanowski tłumaczy, że ta zmiana zachowań zaczyna się od roślin. Po krótszej i łagodniejszej zimie budzą się one wcześniej. Kwitną i pylą, pobudzając do życia owady. A te przyciągają ptaki.
Podobnie jest w innych rejonach Europy. Do tego dochodzą zmiany w przyrodzie nieożywionej: znikanie lodowców czy pokrywy lodowej Arktyki, większe nagrzewanie się jezior i rzek. Mają one wtórny wpływ na rośliny i zwierzęta.
I choć ten wpływ nie musi być wcale negatywny - no bo co w końcu przeszkadza bocianowi, że wcześniej wraca do Polski? - to są gatunki, które boleśnie odczuwają rosnące temperatury.
Sztandarowym przykładem zwierzęcia, któremu ocieplenie zagraża, jest niedźwiedź polarny. Ostatnio naukowcy stwierdzili, że w jeszcze gorszej sytuacji jest narwal, niewielki wieloryb z charakterystycznym spiralnym ciosem, który wyspecjalizował się w łowach pod lodami Arktyki. Kiedy lody stopnieją, jego terytorium stanie się otwarte dla konkurentów.
Według szacunków ONZ-owskiego Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (z ang. - IPCC) podobne problemy ma, albo będzie miało, wiele innych gatunków. Ciężko im będzie dostosować się do zmian, które zachodzą bardzo gwałtownie. Część z nich nie przetrwa ocieplenia, tak jak kiedyś mamuty poległy w obliczu globalnego ochłodzenia.
Co nam do tego? Przecież
przyroda od zawsze podlegała wahaniom ziemskiego klimatu. Ano to, że teraz prawie na pewno za globalne ocieplenie odpowiada człowiek. Tak przynajmniej IPCC stwierdził w swoim zeszłorocznym raporcie (są naukowcy, którzy podważają ustalenia Panelu).
Zimno, ciepło, gorąco Dlaczego Ziemia staje się cieplejsza? Choć odpowiada za to wiele czynników i nie wszystkie z nich są dla nas jasne, ten przypisywany człowiekowi dotyczy dwutlenku węgla - gazu, który zatrzymuje ciepło w atmosferze. Co roku z elektrowni, ciepłowni, fabryk i samochodów na całym świecie leci w powietrze ok. 25 mld ton CO2. Jego stężenie jest obecnie nieporównywalne z niczym, co znamy z historii.
Wiemy o tym dzięki badaniom długiego na 3270 m rdzenia wydobytego cztery lata temu z lodowca pokrywającego Antarktydę. Razem z bąbelkami powietrza uwięzionymi w lodzie zapisała się w nim historia ziemskiego klimatu. Pod koniec 2005 r. naukowcy z europejskiego projektu EPICA (European Project for Ice Coring in Antarctica) plaster po plastrze zbadali prawie cały rdzeń, sięgając aż 650 tys. lat wstecz. A w dzisiejszym "Nature", w drugiej pracy dotyczącej klimatu, uczeni z kilku krajów pod wodzą prof. Thomasa Stockera z Uniwersytetu w Bernie w Szwajcarii "kroją na plastry" ostatnie 200 m lodowego rdzenia, zaglądając o 150 tys. lat głębiej.
Historia wydobyta z lodu pokazuje, że w ciągu ostatnich 800 tys. lat doszło do ośmiu zlodowaceń przeplatanych interglacjałami, a więc okresami znacznego ocieplenia. Zmiany temperatury uczeni określili na podstawie zawartości w lodzie izotopów tlenu i wodoru. Co bardzo interesujące z punktu widzenia dzisiejszych zmian klimatycznych, każdemu ociepleniu towarzyszył skok stężenia dwutlenku węgla. A każdemu ochłodzeniu - jego spadek.
Najmniejsze stężenie CO2 - 172 ppm (części na milion) naukowcy zanotowali ok. 670 tys. lat temu. Dzisiaj mamy w atmosferze ok. 380 ppm dwutlenku węgla, o 80 ppm więcej, niż wynosiła najwyższa "historyczna górka" sprzed ok. 350 tys. lat. Gwałtowny wzrost stężenia tego gazu nastąpił w połowie XIX w. Naukowcy z IPCC wiążą go z rozwojem przemysłu. Straszą, że jeśli nie ograniczymy emisji CO2, dojdzie do katastrofy klimatycznej.
Badania lodowego rdzenia z Antarktydy pokazują jednak, że historyczne fale ocieplenia trwały ledwie po 10-20 tys. lat. Potem następowało nieuchronne ochłodzenie, a do północnej Europy (także dzisiejszego terytorium Polski), Azji i Ameryki wracał lód. Obecne ocieplenie, zwane holocenem, trwa już ok. 11 tys. lat. W ostatnim stuleciu po prostu ostro przyspieszyło. Zgodnie z naturalnym cyklem w ciągu najbliższych kilku tysięcy lat Ziemia powinna zacząć się ochładzać.
Kolejne pokolenia przekonają się więc, kto silniejszy - człowiek czy natura.