Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Zbliżając się do budynku, myślę sobie. Jesteśmy oboje pracującymi rodzicami, dziecko ma 3 latka i od dwóch lat chodzi do żłobka, więc powinno się dostać do tego przedszkola. Niektóre mamy nie pracują i ich trzyletnie dzieci zostały przyjęte w tamtym roku. W tej samej chwili przychodzi jednak niepokojąca myśl. W internetowym podaniu nie padło żadne pytanie o to przy kim dziecko było do trzeciego roku życia. Za to jednym z pierwszych pytań było czy jesteś samotnie wychowującym rodzicem. Nie, nie jestem. W domu dziecko ma ojca i matkę. Więc idąc dalej, biję się z myślami. A może jednak się dostanie. Przecież nie może być tak, że na całym osiedlu żyją tylko dzieci z jednym rodzicem. Przecież to miejsce nie jest na tyle duże, żeby nie widzieć kto przy dziecku jest. Więc myślę, że ma szanse. Większość dzieci ma obojga rodziców i dziadków, którzy byli przy dziecku do tego trzeciego roku życia. I znów ta niepokojąca myśl rodzi się w mojej głowie. Polacy. Jak chcą czegoś to zrobią wszystko. W tej samej chwili potrafią kłamać w oczy i pisać oświadczenie, że wszystkie informacje są rzetelnie podane i prawdziwe.
Staję przed drzwiami budynku wypisanego jako priorytetowe przedszkole. Szukam naszego nazwiska. Biegnę oczami szybko, a serce bije jak oszalałe. Nie ma mojego dziecka na liście. Ok. Spokojnie. Jestem zdenerwowana i czuję, że mój oddech jest przyspieszony. Tyle nerwów, a to dopiero przedszkole. Prześledzę tą listę spokojnie i powoli. Nadal go nie widzę. Moje serce znów zaczyna mocniej bić. O, jest. Niestety jest to lista dzieci, które nie "zakwalifikowano do żadnej z placówek". No pięknie! I co teraz! Cztery przedszkola i nie ma miejsca! Idę do pani dyrektor. Podejrzewam, że nie jestem pierwszym i na pewno ostatnim rodzicem w tym dniu.
Miła pani rozkłada ręce i mówi, że ona tylko wydrukowała listy z nazwiskami dzieci. Też jest zła, że to tak wszystko wygląda. Że nowy, komputerowy system nie sprawdza się pod żadnym warunkiem, a sprzyja jedynie okłamywaniu przedszkoli i Państwa. W trakcie rozmowy dowiaduję się, że przed wprowadzeniem komputerowego zapisywania się do przedszkoli, było ok. dwóch matek samotnie wychowujących dzieci, dziś jest ich ok. piętnaście. Po czym w trakcie roku dzieci są odbierane przez nikogo innego jak przez tatusiów. Nie mogą z tym jednak nic zrobić. Bo przecież nie będą za kimś iść i ich śledzić. Zresztą to nie należy do ich obowiązków.
Zapisałam dziecko na listę rezerwową, z nadzieją, że może się coś zmieni. W sercu gości smutek, rozczarowanie i złość. Gdzie ta polityka prorodzinna? Rozmnażajcie się. Tak! Tylko co potem. Dlaczego Państwo Polskie nie potrafi zwykłemu zjadaczowi chleba zapewnić podstaw? Czym kierują się osoby zmieniające ustawy? Bo na pewno nie dobrem dzieci i ich rodzin. Czuję się dyskryminowana jako rodzina udokumentowana w urzędzie stanu cywilnego. Bo jak to inaczej nazwać. Ktoś kto żyje w konkubinacie ma większe prawo do tego, żeby jego dziecko chodziło do przedszkola? I współczuję prawdziwym samotnie wychowującym dzieci rodzicom. Znając przewrotność szczęścia, to ich dzieci nie dostały się do przedszkoli, bo sprytniejsi rodzice zajęli miejsce dla swoich pociech.