Najbardziej zdziwił mnie list Magdy - 26-letniej absolwentki czterech fakultetów opublikowany we wtorek (aż chciałoby się zapytać, czemu nie sześciu, skoro tak lubi się uczyć i kolekcjonować dyplomy?), organizatorki przyjęć charytatywnych dla ówczesnego kandydata na prezydenta
USA Baracka Obamy. Tyle wie, tyle umie (jak twierdzi), tyle świata widziała (studiując za granicą), a nie potrafi pracy w Polsce znaleźć? A jak znajduje, to staż za 2 tys. zł (po 16 miesiącach) ze służbowymi telefonami, za które sama płaci. Gdy wysłała swoją aplikację do Szwecji, po dwóch dniach zaproszono ją do pracy.
Aż chciałoby się złośliwie zapytać: skoro taka dobra, wykształcona, zna języki (cztery!) i pracowała dla Obamy w czasie, gdy kandydował na urząd prezydenta, to czemu się nie załapała do Białego Domu, będąc tak blisko, bliżej niż przeciętny zjadacz chleba w Polsce? Może nie wiedziała JAK? Nie trafiła do odpowiednich (decyzyjnych) osób, upajając się samą świadomością pracy dla przyszłego prezydenta USA (zapewne wśród innych kilku tysięcy)?
Gdzie leży przyczyna tego stanu? Po stronie rządu? Wolnego rynku? A może raczej w głowach młodych ludzi, zapewne przedstawicieli pierwszego wykształconego pokolenia w swoich rodzinach? Studiują po cztery, pięć fakultetów (dwa to dziś standard na uniwerkach), bo tak mamusia wpoiła w dzieciństwie, co przyznała inna z czytelniczek; uczą się po kilka języków, nie mając przy tym ani żadnych znaczących dokonań na polu naukowym, ani na rynku pracy czy biznesu. Wysyłają już nie dziesiątki, jak kiedyś w epoce listów, ale tysiące e-maili z
CV i są obrażeni na świat, że ich nie chce! (...)
Czego się spodziewaliście? Że będąc jednym z milionów (wg raportu OECD o szkolnictwie wyższym w 2010 roku procentowo najwięcej osób na świecie, które uzyskały tytuł magistra, mieszkało w Polsce!), dostaniecie ciekawą, atrakcyjną i dobrze płatną pracę? Może zamiast studiować dwa, trzy fakultety, lepiej poprzestać na jednym, ale się na nim znacząco WYRÓŻNIĆ, mieć ponadprzeciętne, wybitne osiągnięcia zauważalne na rynku i w mediach?
Nie zauważyliście jeszcze (po tylu latach studiowania!), że najlepsi, liderzy, wybitni, prawdziwe gwiazdy (na pewno znacie, przynajmniej ze słyszenia takich studentów), nie mają problemu ze znalezieniem dobrej i bardzo dobrej pracy (co zresztą wynika z rozkładu normalnego)? 5 proc. magistrów po studiach zarabia ponad 10 tys. zł wg portalu Wynagrodzenia.pl.
Może najwyższa pora na smutną konstatację, że życie w grupie jest tak skonstruowane, że zwycięzca bierze wszystko, drugi, trzeci, czwarty też sobie jakoś dobrze poradzą, ale jak się jest poza pierwszą dwudziestką, trzydziestką, pięćdziesiątką, setką, itd., i do tego bez istotnego doświadczenia na rynku pracy, to może najwyższa pora przestać mieć pretensje, bo się okaże, że można je mieć tylko do siebie.