Cztery języki nie wystarcząMam 26 lat, z tego 20 spędziłam poza Polską. Cztery skończone fakultety (stosunki międzynarodowe, politologia, germanistyka i zarządzanie samorządem terytorialnym - wszystkie na zagranicznych uczelniach). Kolejny - ekonomia via internet na szwedzkim uniwersytecie - rozpoczęty. Znam cztery języki - angielski, niemiecki, szwedzki, norweski. Trzy pierwsze nawet lepiej niż polski. Każdą przerwę letnią w studiach wykorzystywałam na zdobycie doświadczenia - m.in. organizowałam przyjęcia charytatywne dla ówczesnego kandydata na prezydenta Baracka Obamy i gubernatora stanu NY.
Po latach wróciłam do Polski. Nie musiałam - chciałam. Pracy szukałam przez rok. Wysłałam dziesiątki
CV, także do polskiego
MSZ. Wydawało mi się, że dyplomacji przyda się osoba wykształcona za granicą, znająca języki. Bez odpowiedzi. Po kilku miesiącach znalazłam pracę w małej firmie. Zaczęłam od stażu, na którym musiałam sama dopłacać do telefonu, bo nikt mi za służbowe rozmowy nie płacił. Po roku i czterech awansach zarabiam 2 tys. brutto. Za mieszkanie płacę tysiąc.
Mam dość. Wysłałam CV do takiej samej firmy w Szwecji. Odpowiedź po dwóch dniach: "Przylatuj". Na początek 30 tys. koron - ponad 13 tys. zł. Nawet przy wyższych kosztach życia ma się to nijak do tego, co mogę dostać w Polsce. I co, mam zostać?
MagdaNic nie robię 8 godzin W 2009 r. skończyłem dietetykę na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Przez 1,5 roku szukałem pracy. Bez powodzenia. Próbowałem różnych sposobów: internet, przeglądanie ogłoszeń w gazetach, przeglądanie ogłoszeń drobnych, znajomi i nic. Pracę udało mi się znaleźć prawie dwa miesiące temu, po "znajomości". Pracuję jako urzędnik w budżetówce. Praca ta nie ma żadnego związku z moimi kwalifikacjami. Na dzień dobry zostałem oceniony przez swojego naczelnika, że skoro nie mam doświadczenia - to nic nie umiem. Dlatego siedzę przez osiem godzin dziennie w pracy, nic nie robiąc. To frustrujące - pięć lat studiowania, a pracodawca uważa to za nic. No cóż takie jest już trudne życie mojego pokolenia w Polsce.
K.K.Wyjadę, nawet na kierowcę Mam 25 lat, dyplomy dwóch uczelni, w tym jeden zagraniczny, znam biegle angielski i średnio niemiecki (w trakcie nauki).
Nigdy nie pracowałem w zawodzie, najbliżej byłem naprawiając myjnie samochodowe. W szkole językowej, do której chodzę, widzę z miesiąca na miesiąc, że coraz więcej rówieśników i młodszych, a nawet osób ok. pięćdziesiątki zaczynają się uczyć niemieckiego. Albo próbują go sobie przypomnieć i każdy wie, co to oznacza. Zrobiłem prawo jazdy kat. C i choć bym miał być kierowcą w Niemczech, to wyjadę z tego kraju, jak wielu. Według mnie to wina ogólnego braku reform w kraju, na dodatek reforma OFE się cofnęła, a nikt młody, świadomy, że będzie miał emeryturę na poziomie dzisiejszych 500 zł, nie zostanie w kraju. Ale kogo to obchodzi?
Mimo że głosowałem na PO, chciałem zauważyć, że przywileje różnych grup kończyły się ustawowo i PO je przedłużyła na bodajże 40 grup, które zostały. A mogli to skończyć - nic nie robiąc, nie zajmować się przedłużaniem tej ustawy. Jak wielu młodych nie mam zamiaru dokładać do tego interesu albo do rolników z mojej własnej pensji, której na dodatek aktualnie nie mam.
MarcinLenie albo im się powodziKiedyś, gdy była tzw. blokada etatów, będąc na studiach na Politechnice Warszawskiej, pracowałem sześć miesięcy w Zakładach Kasprzaka - ZA DARMO!!! Czekając aż otworzy się okienko i będą mogli podpisać ze mną angaż (zapomniane słowo!?). W każdym markecie... Lidlu, Tesco, Carrefour przyjmują ludzi od ręki. Chodząc po galeriach, wciąż widzę kartki: "Przyjmę personel do pracy".
Jeśli ktoś woli siedzieć jak bamboccione - włoski duży dzieciak - przy rodzicach, zamiast zacząć pracę już, a w międzyczasie szukać lepszej, to po prostu jest albo leniem albo dobrze mu się powodzi, albo jedno i drugie. I nie piszcie o straconym pokoleniu, bo umrę ze śmiechu. To "zasługa" bogatej jak nigdy Polski i pobłażliwych rodziców. Kiedyś latem wyszedłem z domu w krótkich spodniach i koszulce i zatrudniłem się w warsztacie samochodowym jako "podaj śrubokręt", a potem konsekwentnie piąłem się w górę. Jeśli ktoś jest nieudacznikiem, niech się marnuje, żadna strata.
J.S.Na razie jestem asystentkąTytuł licencjata z zarządzania zdobyłam w 2007 r. na PWSZ w Kaliszu, tytuł magistra w 2009 r. na Politechnice Wrocławskiej. W okresie styczeń - maj 2010 zrobiłam kurs specjalisty ds. kadr i płac w SKWP we Wrocławiu. Obecnie robię studia podyplomowe z rachunkowości na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.
Między studiami pierwszego i drugiego stopnia zrobiłam sześciomiesięczny staż w Urzędzie Miejskim w Kaliszu - Wydział Księgowości. Kolejnym moim zatrudnieniem w okresie wakacyjnym było stanowisko asystentki zarządu, następnie pracowałam jako "stażysta ds. sporządzania wniosków o dofinansowanie unijne". Takie stanowisko podał w zaświadczeniu o pracy - umowa zlecenie, bo dla jego klientów byłam wykwalifikowanym specjalistą. Specjalizował się w wąskim zakresie tematycznym, więc w związku z brakiem ogłoszeń o naborze w jego zakresie z dnia na dzień zwolnił lub nie przedłużył umowy zlecenie ok. 20 osobom. Po długim poszukiwaniu nowego zatrudnienia zarejestrowałam się w urzędzie pracy i sama znalazłam staż, ale na stanowisku pracownik administracyjny (intensywnie szukałam stażu w dziale księgowości lub kadr). Po zakończeniu stażu firma ta zatrudniła mnie na stanowisku asystentki zarządu i tak już ponad pół roku pracuję.
Nie mogę narzekać na wynagrodzenie, atmosferę świetna i zajęcia różnorodne, przez co nie jest to stanowisko do końca nudne. Ale jak widać, nie odpowiada mojemu wykształceniu. Przez to, że planuję dziecko, a mam tu umowę na czas nieokreślony, na razie nie rozglądam się za nową pracą, co nie znaczy, że nie przeglądam ofert pracy. Niestety, nie ma ich za wiele, a jeśli już są, to potrzebują z co najmniej dwuletnim doświadczeniem w księgowości.
Firma, w której pracuję, powoli się rozwija, więc gdzieś nutka nadziei jest, że może kiedyś zmienię stanowisko pracy i przejdę do działu księgowości (działu kadr nie ma).
PaulinaArchitekt bezrobotnyOd dziś figuruję w PUP-ie jako bezrobotny bez prawa do zasiłku, mężczyzna 26 lat, mgr inż. arch. ze znajomością 3 języków (angielski, niemiecki, francuski).
W 2004 r., gdy rozpoczynaliśmy studia na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej, mówiono nam o boomie budowlanym, wzroście gospodarczym i niedoborze architektów - piękna przyszłość dla absolwenta. W 2009 r. na absolutorium życzono powodzenia i wytrwałości w szukaniu pracy podczas kryzysu gospodarczego i budowlanego, mówiono, że "coś ma się wkrótce ruszyć. (...)
Architekci wykorzystują trudną sytuację na rynku i czekają na wysoce wykwalifikowanego asystenta z wieloletnim doświadczeniem, który za półdarmo lub najchętniej za darmo zrobi dla nich projekt. Za pięć lat studiów, znajomość języków, umiejętności rysunkowe i znajomość wielu profesjonalnych programów graficznych i projektowych proponują płace bliskie minimalnej krajowej. (...)
W liściem motywacyjnym piszę, że "jestem osobą ambitną i bardzo zaangażowaną, o dużych umiejętnościach warsztatowych i szerokich zainteresowaniach. Poszukuję pracy w zgranym zespole osób, dla których tworzenie architektury jest wyzwaniem i zamiłowaniem". Na studiach uczą nas o wielkich architektach i wspaniałej architekturze przyjaznej człowiekowi, poszanowaniu zieleni i zrównoważonym rozwoju. Obawiam się jednak, że polskie realia zmuszą mnie do podjęcia pracy gdziekolwiek, a po trzech latach twardej praktyki w "szablonowym biurze" moje ambicje spadną do minimum i skończę, projektując "pudełka".
Maciek