Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Na to ważniejsze pytanie odpowiem Księdzu za chwilę, ale najpierw odpowiem na pierwsze pytanie Księdza, bo odpowiedź wydaje mi się banalnie prosta.
Odchodzę z Kościoła Katolickiego, bo nie jestem katolikiem ani w ogóle osobą wierzącą. Dobry powód?
Nie wadzę się więc z Bogiem, nie buntuję, nie mam momentu załamania, napadu wątpliwości. U mnie, proszę Księdza, jest niestety "zupełnie pozamiatane". Jestem ateistą odkąd pamiętam. Jest to dla mnie tak pierwotne, że nie potrafię dociec źródła.
Szyderstwem Na pewno jest w tym jakiś wpływ ojca, który deklarował się jako ateista. Nie przeceniałbym tu jednak jego roli wychowawczej. Byłem oczywiście zbyt mały, żeby toczyć z nim jakieś teologiczne dysputy.
Pamiętam jednak jak ojciec uprawiał coś, co nazwałbym "ateizmem szyderczym". Uwielbiał mianowicie zabawnie komentować zachowania mojej babci, która popadała w dewocję, "rytualne obyczaje świąteczne" (jak mawiał) ludzi, dla których "Wielkanoc polega na święceniu jajek" albo komentowaniu niedoli sąsiada, który w sobotę wieczorem tłukł żonę i dzieci, "a jutro będzie musiał iść z takimi pobitymi do kościoła". Jak ktoś popełniał jakąś podłość dodawał z uśmiechem: "proboszcz i tak go rozgrzeszy". Choć otoczenie traktowało to jako niegroźne dziwactwo wystarczyło jednak, żebym zdał sobie sprawę, że w kwestii religijnej można być "poza systemem". Że jest taka opcja.
Racjonalnie Miałem też inne religijne wzorce. Wakacje i ferie spędzałem czasami u mojej żydowskiej rodziny w pobliskich Suwałkach. Nie ma to wiele wspólnego z moim ateizmem, bo byli oni ludźmi głęboko wierzącymi. Poza oczywistymi różnicami religijnymi, poznałem zupełnie inny model religijności. Pozbawiony hałaśliwej ostentacji, oparty raczej na zrozumieniu, niż fanatycznej wierze, na wiedzy, ciągłym studiowaniu i dociekaniu, a nie bezkrytycznym przyjmowaniu dogmatów.
"Talmudyczny" - jakby to powiedział ksiądz Rydzyk. Do dziś jest to model bardzo mi bliski. W mojej prywatnej metafizyce (zaręczam, że ateiści takową posiadają!) używam raczej starotestamentowych narzędzi filozoficznych, porównań, nazewnictwa, metafor, itd. Mimo że jestem niewierzący, bardzo interesuję się religią.
Choć moja najbliższa rodzina była tzw. normalna (tzn. katolicka), była jednak bardzo racjonalna, to znaczy od dzieciństwa wiedziałem, że jak ktoś jest chory, to trzeba mu dać antybiotyk, a nie modlić się za niego. Że jak gdzieś w Polsce jest powódź, to powodem są deszcze i roztopy, a nie gniew Boży. Że jak zaczynają mi się podobać dziewczyny, to jest to dojrzewanie, a nie grzeszne pokuszenie Szatana. Że jak straciłem kolegę, to nie dlatego "że Bóg go do siebie powołał", ale że zatruł się czadem z zepsutego piecyka. I tak dalej z teorią ewolucji Darwina, Kopernikiem i dinozaurami na czele
Opresyjnie Stopniowo oddalałem się coraz bardziej. Gdy jest się niewierzącym i patrzy na to wszystko z boku, rytualne zachowania religijne innych ludzi często stają się niezrozumiałe, dziwaczne, nieprzystające do rzeczywistości. Czułem się w tym coraz bardziej obco.
Rodzina najpierw zareagowała opresyjnie. Zmuszany do pójścia do kościoła strasznie się męczyłem. Nie chodzi o to, że się tam nudziłem.
Kościół odrzucał mnie swoją estetyką, tłumem, zapachami, starczym wibratem chóru, groteskową intonacją księdza, napastliwością kazań, dziwacznością rytuału, językiem, odpustową tandetą wystroju, męką rzeźb, złotem i plastikowymi kwiatami. Daję słowo, że się starałem, jednak nic z tego nie rozumiałem. Jak zresztą wszyscy dookoła. Szepty, sykania, skubanie rękawów, gapienie się na innych, ziewanie, wreszcie - zerkanie na zegarki i czekanie na koniec. Żadnych wzruszeń, przeżyć, ekstaz, żarliwości, jakie znałem już wtedy np. z "Quo Vadis" Sienkiewicza czy filmów historycznych. To było jakieś zbiorowe kłamstwo, w którym nie chciałem brać udziału.
Potem już poszło z górki. Przestałem chodzić na religię. Nie chodziło o wagary, lenistwo czy nudę. Po prostu nie dawałem rady. Czułem, że to, co mówi pani katechetka - tyleż natchniona co niekompetentna - to jakaś fikcja. Jakieś wniebowstąpienia, zwiastowania, niepokalane poczęcia, wskrzeszenia, rozmnożenia, zamiany. Archanioły, Szatany, Mędrcy ze Wschodu i rzezie niewiniątek. Jeśli się w to nie wierzy, to wychodzi z tego jakiś "Władca pierścieni". Czułem, że życie i ważne rzeczy dzieją się gdzieś indziej.
Religii nie było wtedy w szkołach tylko w salce katechetycznej obok kościoła (była połowa lat 70.), można się było łatwo urwać po drodze. Np. skręcić nad jezioro. Raz, drugi, dziesiąty.
Jak się wszystko wydało były jakieś interwencje, wezwania i działania wychowawcze, ale raczej o charakterze belfersko-policyjnym niż metafizycznym. Nie straszono mnie więc potępieniem i wiecznymi mękami w ogniu piekielnym, ale karami o wiele bardziej doczesnymi. To znaczy: jak nie będziesz chodził, będzie lanie. Wybrałem lanie. Nie dopuszczono mnie więc do Pierwszej Komunii. Poszedłem rok później po wstawiennictwie u proboszcza bardziej zaangażowanych w życie parafii członków mojej rodziny. Załatwili to, kazali zamknąć dziób i robić co trzeba. Wspominam to jak ponurą szopkę.
Wolność Może jeszcze byłem wtedy "do uratowania"? To znaczy do uratowania w Bożym planie zbawienia? Może gdyby ktoś chciał ze mną porozmawiać? Ale nikt nie chciał. Nie było zresztą o czym. Zrozumiałem, że religia katolicka jest trochę jak armia. Nie musisz znać planów sztabu generalnego ani naczelnego wodza. Masz robić, co ci każą bez dyskusji. Tu nie ma nic do rozumienia. A ja byłem raczej pacyfistą i wolałem rozumieć. Kiedy byłem w ósmej klasie armia wprowadziła stan wojenny. Rok później uciekłem w istocie z rodzinnego domu do szkoły z internatem. Zacząłem żyć "na swoim". Nikt mi nic nie mógł kazać. Byłem wolny, również w sensie religijnym. Nieznośna presja się skończyła.
Czy czułem się samotny? Proszę Księdza! I to bardzo! Zwłaszcza wtedy. Oczywiście jako osoba niewierząca zdawałem sobie sprawę z ostatecznej konsekwencji. Ogień piekielny czy "zasiadanie po prawicy Ojca" nie wchodzi tu oczywiście w rachubę. Nie wierzę w życie po śmierci w ogóle. Gaśnie światło i koniec. Nie ma nic. Żadnej myśli. Pozostajemy tylko w pamięci bliskich. Nie stworzyłem sobie żadnego naiwnego zamiennika w rodzaju reinkarnacji, Ducha Kosmicznego czy innych tego typu "znieczuleń".