Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Lubię słuchać, czytać, oglądać pana Mamadou Dioufa. Bo jest otwarty, spontaniczny. Bo ma dużo do powiedzenia, w tym również o Polakach. Przy tym robi to w sposób ciekawy i dowcipny. Jego poziom znajomości i wyczucia języka polskiego jest z mojego punktu widzenia (zawodowo zajmuję się nauczaniem języka obcego) wprost imponujący.
O Jezu, to niemożliwe Myślę też, że Pan Diouf wie dużo więcej o Polsce, o Warszawie, o naszej historii, o tym, jakim jesteśmy koktajlem genetycznym, niż niejeden "prawdziwy Polak".
Wkłada tyle serca, myśli i własnej inicjatywy w debatę publiczną, że nie mam najmniejszych wątpliwości, iż ma prawo twierdzić: "Mieszkam w Polsce (...) i czuję, że jestem stąd. Można być Polakiem i wyglądać tak jak ja".
Jednocześnie - i jest to szczególnie cenne, bo obok swej polskości ma też spojrzenie człowieka, który się w Polsce nie urodził - piętnuje to, co w nas zaściankowe i co wynika z kompleksów. Z bólem mówi: "O Jezu, niemożliwe. Wstyd być Polakiem". Jednocześnie nie bez nutki dumy wspomina też o "mojej Warszawie".
Chciałabym się jednak zastanowić - razem z Panem Dioufem - nad postrzeganiem przez Polaków obcokrajowców i nad werbalnym odzwierciedleniem tegoż postrzegania.
Zatrzymam się przy sytuacjach poruszonych w wywiadzie
"Murzynek Bambo? Sio, na drzewo", Gazeta Wyborcza z 25 stycznia 2011 r., np. o manifestacjach faszystów odbywających się za zgodą magistratu i z cichym poparciem prawicy zafiksowanej na punkcie Niemców i Rosjan, "końcu cywilizacji białego człowieka" czy też wymuszeniu na zawodniku (z powodu koloru skóry) rezygnacji z gry w piłkę. Była też historia z "Wieczorem z Makumbą" - nie do przyjęcia. Podobnie jak "Senegale, Laosy". O tym będzie najkrócej, bo to aż nazbyt ewidentne przykłady dyskryminacji, nieuzasadnionego wywyższania się i - skrytej, ale jednak - pogardy dla wszelkiej inności. Oraz braku wrażliwości na słowo.
Murzynek Bambo Słusznie Pan zauważył, że wiersz o Murzynku Bambo nie uchodził za rasistowski. Dla mnie utwór ten był i jest wesołą historyjką o chłopcu-rozrabiace z dalekiego, egzotycznego kraju, który choć tak odległy - i kraj, i chłopiec - jest też podobny do mnie. Ma w sobie radość życia, którą wyraża m.in. łażeniem po drzewach (też łaziłam), ma w sobie lekką nutkę przekory, niezależności, wolności. Jakież było i jest mi to bliskie!
A Pan pisze o mentalności "Murzynka Bambo"! Muszę przeczytać ten wierszyk ponownie. Inaczej go zapamiętałam... Przeczytałam. Rzeczywiście wybiórczo zapamiętałam, że wesoły, że psoci, że jest mały (jak ja wtedy), że też ma pierwszą czytankę i że "szkoda, że z nami nie chodzi do szkoły" "ten nasz koleżka". Dziś, może pod wpływem Pana wrażliwości, nie bawi mnie fragment o strachu przed wybieleniem (choć pamiętam, że mycie dziecku uszu przez dorosłych do przyjemności nie należało - można się było bać!), ale o złe intencje autora tych słów wciąż nie podejrzewam.
Neutralny Murzynek Zgadzam się z Panem, że zachowujemy się czasem jak "poganie i barbarzyńcy" i że "co chwila wygląda skądś głupota, znieczulica i złe wychowanie". Cieszę się, że nie uznał Pan nas (w tym Pana i mnie) za naród rasistowski. Sama na pytanie o rasizm w Polsce mogłabym odpowiedzieć bardziej radykalnie.
Zwrócił Pan moją uwagę na określenie "ładny Murzynek", które dotąd było dla mnie synonimem "ładnego chłopczyka". Rzeczywiście nie jest ono neutralne znaczeniowo, tak jak nie jest neutralne słowo "Polaczek" w ustach obcokrajowca. Dziękuję. Ale - i o tym będzie niżej - dla mnie słowo "Murzyn" (nie "Murzynek") do niedawna było jak najbardziej neutralne znaczeniowo.
Tego trzeba nas uczyć, bo pewnych rzeczy, wyrastając w stosunkowo homogenicznym narodowościowo środowisku, zwyczajnie się nie słyszy. Myślę, że każdy, kto kiedyś wyjeżdżał do odległego miasta, choćby w celu edukacji, otwierał szeroko oczy ze zdumienia, że nie mówi się "na dworzu" lub "po mojemu" i że "na polu" się nie tylko orze. Niektóre z nieprzyjemnych sytuacji postrzeganych jako przypadki dyskryminacji są złym, ale wcześniej nieuświadomionym nawykiem językowym. Warto z tym walczyć. Cierpliwie i z... tolerancją.
Za komuny lepiej? Natomiast trudno jest mi Pana zrozumieć, gdy stwierdza Pan, że pod jakimś względem "za komuny było lepiej". Ja to widzę tak: Afrykańczycy i Afroamerykanie byli wykorzystywani przez propagandę komunistyczną do niecnych celów. Jednym z głównych było ukazanie ich jako ciemiężonych i nieludzko wykorzystywanych przez "kapitalistów" - głównie Amerykanów.
Przy czym propagandzistom wcale nie chodziło o owych "ciemiężonych", lecz o całkowite zanegowanie systemu politycznego świata zachodniego. A sami Afroamerykanie i Afrykańczycy przedstawiani byli jako ludzie dobroduszni, ale też prości, naiwni, niewykształceni, bez perspektyw i wewnętrznego potencjału.
W tamtych latach widok niebiałego człowieka był w Polsce wielką rzadkością, sami też nie podróżowaliśmy, ale zapewniam Pana, że społeczeństwo nie potrzebowało skinów dla prezentowania postaw rasistowskich.
Rzecz dotyczyła nie tylko Afrykańczyków, ale też małżeństw mieszanych i ich dzieci. Ludzie byli lżeni na ulicy, bici i nie odbijało się to żadnym echem "w narodzie". Powszechne były dowcipy i komentarze o ich lenistwie, braku higieny i innych negatywnych cechach. Obserwowałam to zjawisko i w dużym mieście (Poznań), i w małym. Dlatego nie sądzę, że pod tym względem było choć odrobinę lepiej.