http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ewy nie uratowano, czy jej śmierć pójdzie na marne? - listy

red.
2010-09-05, ostatnia aktualizacja 2010-09-05 17:57

Ewa Trautman nie doczekała się na diagnozę w szpitalu. Zmarła po 4 dniach
Ewa Trautman nie doczekała się na diagnozę w szpitalu. Zmarła po 4 dniach
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Tragiczna historia pacjentki, która trafiła do szpitala w piątek, ale nie było specjalisty, który zrobiłby opis badania tomografem, "Dlaczego Ewy nie uratowano?" ("Gazeta" z 1 września br.), mocno poruszyła czytelników. Czy jej śmierć coś zmieni w naszym systemie zdrowia?

Badanie w tomografie komputerowym
Fot. Kamil Gozdan / AG
Badanie w tomografie komputerowym
Opis musi być natychmiast! W Denver

Mam znajomą radiologa w Denver. Gdy jej przetłumaczyłem ten artykuł, po prostu zdębiała. W jej szpitalu też nie ma radiologa całą dobę. Są tylko technicy. Zdjęcia są natychmiast wysyłane specjalnymi HD łączami do dyżurnych radiologów i w ciągu kilku minut ich opis wraca do szpitala i w razie potrzeby wysyłany do dyżurnych specjalistów. Operacje robi się w ciągu niecałej godziny. Często bywam w Polsce jako doradca firmy, ale widzę, że lepiej tu nie jeździć. 061445h

Nowoczesna organizacja

Jeden wyspecjalizowany radiolog, siedząc na dyżurze w domu, mając dobre łącze i specjalny monitor, mógłby odbierać obrazy tomograficzne nawet z kilkunastu szpitali. Jeśli chodzi o tomografię mózgu, to najlepiej, żeby to był ktoś regularnie współpracujący z neurochirurgami albo nawet nie radiolog, ale neurochirurg - nie wystarczy diagnoza, ale i szybka decyzja, czy się coś da w danym przypadku zrobić, czy, jak często bywa, nie ma szans na wyzdrowienie. tw52

Bolało, ale miałam szczęście

Trafiłam do Szpitala im. Gabriela Narutowicza w Krakowie, podobnie jak pani Ewa, w piątek wieczór, z... nietypowymi objawami zapalenia wyrostka robaczkowego. Diagnoza: silne zatrucie. Przez cały weekend oraz poniedziałek przeżywałam potworne i coraz gorsze bóle.

Dyżurny lekarz przyszedł, popatrzył na mnie, pokiwał głową i powiedział, żebym poczekała do poniedziałku, kiedy przyjdzie ordynator, może coś wymyśli. W poniedziałek lekarze nie zmienili nic z dotychczasowej terapii. We wtorek zostałam zaproszona, niemalże triumfalnie, na badanie tomograficzne, które wykazało przyczyny dolegliwości. Byłam już wtedy wrakiem, później dowiedziałam się, że lada moment mogło dojść do zapalenia otrzewnej.

W ciągu trzech godzin znalazłam się na stole operacyjnym, odwołano mniej pilne zabiegi i to uratowało mi życie. Przez dwa lata miałam nerwicę lękową na wspomnienie tamtej "przygody"... Czytałam historię Ewy ze ściśniętym sercem - niektórzy nie mieli tyle szczęścia co ja... shulamitka

Na opis czekamy...

Prawie miesiąc temu mój mąż dostał napadu torsji i zawrotów głowy. Pani doktor dała skierowanie do szpitala na Banacha. Po spędzeniu całego dnia na izbie przyjęć mąż został spławiony przez młodocianych lekarzy na dyżurze - chyba stażystów (diagnoza: zawroty głowy - C.B.D.O.). Praktyka - jeden lekarz kieruje do szpitala, a drugi to skierowanie kwestionuje. Mąż udał się do prywatnej lecznicy, gdzie laryngolog dał skierowanie na tomografię i jeszcze dwa inne badania w Szpitalu Czerniakowskim. Na opis czekamy od wielu dni.

Osłabia mnie patologia polskiej służby zdrowia. Izby przyjęć i SOR-y pełne są ludzi, którzy nie mając szans na wizytę w przychodni, tam szukają ratunku. Nie dostają go, bo szpital nie może wszystkich przyjąć, a SOR-y nie są od leczenia, tylko ratowania. Zajmują się tylko nieprzytomnymi pacjentami, których przywozi pogotowie, a i to nie zawsze. Pacjent naprawdę chory ma minimalne szanse na szybką i trafną diagnozę i skuteczne leczenie, a przecież w przypadku wielu chorób szybka diagnoza i natychmiast podjęte leczenie jest warunkiem odzyskania zdrowia.

System nie zapewnia nam, obywatelom, nawet minimum bezpieczeństwa. Mają rację ci, którzy wyjechali stąd i nie chcą wracać. pani rosomak

W Szpitalu Czerniakowskim jak w raju

Ten list nie jest na niczyje zamówienie. Atak na Szpital Czerniakowski przy Stępińskiej uważam za niesprawiedliwy. Sprawę pani Ewy należy wyjaśnić, ale... byłem w tym szpitalu od 10 sierpnia. Zanim się tam dostałem, a mam zatorowość płucną, pogotowie zawiozło mnie na Wołoską - koszmar, kabaret i piekło. Po czterech godzinach siedzenia na krzesełku - czekam - mam zamiar położyć się na ławce na zewnątrz budynku - nie ma ławek. Po pięciu godzinach, a dusiło mnie jak diabli, dostałem jakieś łóżko. Już wiadomo, że nie będzie dla mnie miejsca w szpitalu, więc czekam i obserwuję: jakiś pacjent obok mnie nie prosi o kaczkę, tylko bez ceregieli wyciąga penisa i sika na podłogę, jakoś się uratowałem. Dwie babcie się wydzierają, jedna chce iść do domu, druga wrzeszczy, że wszyscy powinniśmy się kochać, bo życie jest krótkie, no i oczywiście ma rację.

Któryś z pielęgniarzy wywołuje po nazwisku pacjenta, on się nie odzywa, ktoś mówi: "Chyba świętej pamięci". Smutny człowiek siedzi pod kroplówką, pytam, która godzina? "Ano 15, bez picia i jedzenia, bo nie mam rodziny". Niczego od nikogo nie można się dowiedzieć, wpadam w odrętwienie.

Po 11 godzinach odwożą mnie do szpitala przy Stępińskiej. Jest po pierwszej w nocy. A tam pełna opieka, natychmiast mierzenie ciśnienia i EKG, kroplówka. Wreszcie sen. Następne dni to intensywne badania, tomografia, RTG etc., obniżanie krzepliwości krwi. Pani dr Błaszczyk przychodziła kilka razy dziennie. Nie wierzy mi, że czuję się lepiej, no cóż, chciałem być kozak pomimo skończonej sześćdziesiątki. Panie pielęgniarki opiekowały się mną i innymi pacjentami jak jajkami. Jeszcze żyję! Bogusław G.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':