Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
A oto moje wspomnienia na temat
"Pociągów, których już nie ma". Gdyby nie połączenie kolejowe (już nieistniejące) na trasie Ostróda-Morąg, my, cztery siostry z leśniczówki Wesołowo koło Tardy, nie byłybyśmy tym, kim jesteśmy.
Wstawałyśmy o szóstej rano Do czteroklasowej szkoły w Tardzie było 2,5 km. Do starszych klas podstawówki dojeżdżaliśmy do oddalonego o 5 km Słonecznika. Doskonale rozumiem to ranne wstawanie, o którym
opowiada pan Obiała. Z tą różnicą, że wstawać wystarczyło o 6-tej, mama wcześniej zaświecała lampę naftową (nie mieliśmy elektryczności), rozpalała ogień pod kuchnią, zagrzewała trochę cieplej wody do umycia, robiła śniadanie i kanapki do szkoły. Do dziś pamiętam, że często, gdy świeżo przygotowana kawa była za gorąca, a dziecko musiało zjeść i napić się coś ciepłego przed wyjściem, to wychodziła na schody (tam było chłodniej) i studziła w garnuszeczkach.
Wystarczyło wyjść o 6.40, żeby zdążyć na pociąg o 7.13 w kierunku Morąga. Jak zaczynałam 5. klasę, moja starsza siostra jeździła tym samym pociągiem do ogólniaka w Morągu. To też był taki "bummelzung", chociaż u nas mówili na to "bonanza". Potem wprowadzili trochę nowocześniejsze wagony. I tak przez 4 lata. Tylko raz się spóźniłyśmy, a właściwie to nie spóźniłyśmy się, tylko pociąg odjechał 2-3 minuty za wcześnie. Ja poszłam pieszo te 5 km do Słonecznika, i strasznie się wstydziłam, że się spóźniłam, a siostra musiała wrócić, bo do Morąga było chyba z 18 km. Wracałyśmy ze szkoły pociągiem około 14.30.
Kto chciał, mógł dojeżdżać w drugą stronę - do Ostródy, ale wtedy ranny pociąg był o 6. a powrót o 15.45. Pociągiem dojeżdżało się nie tylko do szkoły, nieliczni jeździli też do pracy, bo to była (jest nadal) maleńka wioska robotników leśnych.
Dobrze się nam żyje Dojeżdżanie nie ograniczało naszego udziału w zajęciach pozalekcyjnych. Należałyśmy do harcerstwa i chóru. Jak były próby chóru przed występami, to dwa razy w tygodniu trzeba było wracać o 17.15. Bardzo lubiłam jechać jesienią czy zimą, jak już było o tej porze ciemno. Wtedy marzyło mi się, że tak bym mogła jechać daleko, daleko a tu trzeba wysiadać na najbliższej stacji.
I nie traktowaliśmy tego wcale jako dopust boży. Śmiałyśmy się z niczego, a z siostry Jadwigi żartowano sobie: uważajcie na Jadzie, bo pociąg "jadzie i Jadzie przejadzie". Po czterech latach siostra poszła do akademika w Sopocie, ja do internatu w Olsztynie, a tą sama trasą zaczęły dojeżdżać dwie młodsze siostry. One dodatkowo prywatnie uczyły się grać na pianinie i na gitarze, bo pociągiem z Morąga do Słonecznika dojeżdżała pani z takimi umiejętnościami i uczyła kilkoro dzieci.
Ta minimalna, roczna nauka dziecka o przeciętnych zdolnościach muzycznych, nie poparta żadnym świadectwem, bardzo się przydała jednej z moich młodszych sióstr, bo teraz, pracując jako katechetka w wiejskiej parafii i przygotowując dzieci do I komunii, śpiewa z nimi nie tylko pieśni religijne i kolędy, ale też piosenki turystyczne czy harcerskie, uatrakcyjniając w ten sposób pracę zawodową, podwyższając swój autorytet, i dając dzieciom trochę radości przez to śpiewanie. Czy byłoby to możliwe, gdyby nie było linii kolejowej?
Dziś nie robimy niczego nadzwyczajnego - po prostu funkcjonujemy w społeczeństwie i dobrze nam się żyje. Starsza siostra jest główną księgową w dużej firmie, ja jestem już emerytowanym technologiem drewna, o katechetce już wspominałam, a najmłodsza prowadzi z mężem zakład produkcji rajstop. Gdzie chodziłybyśmy do szkoły, jak potoczyłyby się nasze losy, gdyby nie było pociągu?
Handel w pociągu Kobiety jeździły na targ do Ostródy albo do Morąga, jak były do sprzedania jagody, poziomki, maliny czy coś z przydomowego gospodarstwa. Kiedyś przed Bożym Narodzeniem mama przygotowała, co tam miała do sprzedania i wybrała się z nami do Morąga, a my siostrą, idąc na ten sam pociąg do szkoły, pomagałyśmy jej nieść. Mnie przypadł w udziale indyk - zapakowany przez mamę do starego plecaka, a szkolną teczkę niosłam w ręku. Było mi ciężko, rzemyki od plecaka wpijały się w ramiona, ale przez te pół godziny nic mi się nie stało.
Zaraz po wejściu do pociągu jakiś urzędnik dojeżdżający do pracy w Morągu zainteresował się indykiem, i jak to w handlu, potargować trzeba - zaczął wybrzydzać, a że za drogi, a że za lekki na taką cenę. Nic nie mówiłam, ale w duchu pomyślałam sobie: chłopie, jak ty byś tego indyka na plecach niósł przez trzy kilometry, to byś nie mówił, że on lekki.
Ale jakoś dobili targu zaraz w pociągu i mama nie miała kłopotu, jak go dostarczyć do miejskiego targowiska w Morągu. Pamiętając tamtą scenę, nigdy w dorosłym życiu nie wybrzydzałam w taki sposób, jak kupowałam cokolwiek na targowisku.
Pociąg lepszy od tramwaju Jak miałam 18 lat, rodzice przeprowadzili się do Konstantynowa koło Łodzi. Mama przez wiele lat dojeżdżała do pracy tramwajem do Łodzi. Mówiła kilka razy, że brakuje jej tej atmosfery z pociągu, kiedy każdy kto wsiadał, to mówił dzień dobry, czy się znali czy się nie znali i rozmawiali. A jak się nie znali, to zaraz mówili, z jakiej wsi się jest, co kupili, co sprzedali - i już się znali.
Czasem można się było umówić np. od kogo kupić prosiaki albo gdzie sprzedać jałóweczkę. Czasem znajomość była tak sympatyczna, że po mszy się zagadało, a nawet pojechało w odwiedziny na motorku w niedzielę po obiedzie.
- A w tym tramwaju - mówiła mama - to nikt się do człowieka nie odezwie, albo drzemią, albo gazetę czytają, albo w okno patrzą, a jak człowiek chce zagadać, to patrzą jak na natręta.
Można spaść z nasypu, bo jest dziura "po moście"' Po wielu latach, wiosną tego roku, pojechałam w rodzinne strony. Idę sobie nieczynnym nasypem kolejowym z Miłomłyna w kierunku Tardy (szyny są zdjęte), mijam z prawej strony gospodarstwo agroturystyczne, stąpam po drewnianej kładce nad kanałem łączącym dwa jeziora, dalej nasyp prowadzi przez jezioro - i wchodzę w las. Na nasypie ścieżka wyjeżdżona, pięknie wyprofilowana, widać ślady rowerów, motocykli i koni (w Tardzie jest szkółka jeździecka).
Tereny na Warmii pagórkowate, więc trasa prowadzi jakby w tunelu wydrążonym w ziemi, a co 1-2 km był (powinien być) albo przejazd, albo wiadukt albo most, a że znam teren dobrze, nie skupiam się na patrzeniu pod nogi. I nagle, na jakimś trzecim kilometrze, o mało co nie spadłam z nasypu 6-7 m w przepaść, bo jest dziura "po moście", niczym niezabezpieczona.
A pod tym "mostem" bita, leśna, wyjeżdżona (a więc uczęszczana) droga. Miejscowi zapewne o tym wiedzą, że chcąc iść dalej nasypem w kierunku ośrodka wypoczynkowego w Tardzie, trzeba zejść na dół, przejść przez drogę i z powrotem wspiąć się do góry po nasypie, i są nawet ślady, ścieżka jest wydeptana.
Pierwsza myśl: no tak,
Niemcy zbudowali tory, tyle się natrudzili, żeby nasyp przez jezioro zrobić, a my, Polacy, nie dość, że linię kolejową zlikwidowaliśmy, tory rozebraliśmy, to jeszcze konstrukcję mostową ktoś pociął palnikiem (i pewnie sprzedał na złom). Druga myśl: jeśli już tak się stało, to dlaczego to nie jest zabezpieczone?
Choć tak świetnie znam okolicę, zorientowałam się w ostatniej chwili, ale gdyby jakiś turysta na rowerze jechał, to nie wyhamuje. Albo wyobraźmy sobie, że rodzice z dzieckiem na rowerku idą sobie na spacer, dziecko jedzie na przedzie, rodzice się nie martwią, bo tak tu spokojnie, w lesie przecież, i dziecko spada do dziury "po moście".
Po powrocie do domu napisałam e-maila do urzędu gminy w Miłomłynie. Ale, co tam, dziura nadal nie jest zabezpieczona. A wystarczyłaby siekiera, kilka gwoździ i godzina pracy robotnika leśnego. Dziwię się, że ten piękny, równy, wyprofilowany nasyp nie został zaadaptowany na cele rekreacyjne.
Jak toczy się życie w wiosce po zlikwidowaniu szkoły i linii kolejowej - to temat na osobny tekst, i nikt mi nie powie, że to nie miało wpływu. Ile jest takich wiosek?