Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Z uwagą przeczytałem
list autorstwa Bernadety Odrzywolskiej, nauczycielki języka polskiego i egzaminatorki maturalnej.
Pani profesor podaje przykład (zatrważający!) maturzysty, dla którego
Marek Edelman był gestapowcem. Winą za tego typu "głęboko nieetyczną" wiedzę obarcza brak zainteresowania historią, ale też minimalne wymagania na egzaminie maturalnym.
Obawiam się, że autorka popełnia zasadniczy błąd. Przecenia wpływ szkoły na powstawanie czy też zachowanie "etosu inteligenckiego".
Dlaczego nawet tak wybitny inteligent jak Marek Edelman (za "Marek Edelman. Życie. Po prostu" autorstwa Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki) nie lubił chodzić do szkoły? Nie odpowiadała jego wymaganiom? Nudziły go sztampowe lekcje? A jak to wygląda dzisiaj?
Z pewnością w polskiej literaturze roi się od wybitnych dzieł. Czy jednak musimy kłaść największy nacisk na te, które były wybitne w swoich czasach? Mieliśmy już jednego ministra edukacji, który postawił sobie za cel ładowanie dzieciom łopatą do głów Sienkiewicza i "dzieci z Wrześni". W ten sposób miał powstać nowy, osadzony w narodzie Polak. Powstał jedynie sfrustrowany kłębek nerwów, w którym "ogniem i mieczem" zamordowano entuzjazm do literatury jako takiej. Czy przeanalizowanie na lekcji polskiego książki Doroty Masłowskiej byłoby plamą na honorze polskiego nauczyciela? Czy każdą uroczystość szkolną trzeba rozpoczynać przypomnieniem, że były zabory...?
Uważam, że dzisiejsza szkoła nie ma wpływu na to, jaka będzie polska inteligencja za pięć, dziesięć lat. Intelektualiści zaliczają się do mniejszości, więc nie może ich "stworzyć" szkoła z definicji przeznaczona dla większości. W czasach egalitaryzmu w szkole nie wychowa się elity. Szkoła przestała być elitarna.
Jeżeli nie szkoła, to kto? Z pewnością rodzina. To, jakie książki rodzice podsuwają swoim dzieciom i czy w ogóle to robią, czy pozwalają na własne opinie, czy tłumią bunt, czy może kierują go na właściwe tory. To wszystko ma zasadnicze znaczenie. Kolejnym elementem jest społeczeństwo obywatelskie, czyli wszystko to, co wykracza poza dyskotekę i szkołę, i jest dobrowolne: koła zainteresowań, organizacje pozarządowe, wolontariat. I wreszcie last but not least - wpływ na swój rozwój ma sam zainteresowany. Można konia przywlec do wodopoju, ale nikt nie zmusi go do picia.
Uczmy młodych demokracji i dajmy im współdecydować o tym, co będą czytać i jak postrzegać historię. Wykorzystujmy w procesie uczenia wszelkie dostępne środki (telewizor i internet). A przede wszystkim skończmy z dogmatyzmem i z przekonaniem, że to, czego uczyli się nasi dziadowie, jest niezbędne także nam.
Piszę te słowa, słuchając Pink Floyd "Wish You Were Here", a nie Chopina. Czy nie ma już dla mnie nadziei?