Czułam się po nim bardzo dobrze i - co bardzo ważne - ograniczyłam branie leków. Dlatego w tym roku również złożyłam wniosek o taki turnus. Cierpię na przepuklinę kręgosłupową, która jest bardzo bolesna, ogranicza poruszanie się i w miarę sprawne funkcjonowanie (chory często potrzebuje czyjejś pomocy przy wykonywaniu nawet prostych czynności). Ponadto jestem po usunięciu narządów rodnych, po usunięciu płata tarczycy, w dodatku mam nadciśnienie.
W maju dostałam z ZUS-u wezwanie na komisję. Pechowo się dla mnie złożyło, że nieco wcześniej upadłam, miałam pęknięty nadgarstek i poszłam na komisję z ręką w gipsie. Lekarz orzecznik po przejrzeniu dokumentacji stwierdził, że faktycznie kwalifikuję się na leczenie, jednak z uwagi na uraz ręki pozostający w trakcie leczenia nie może mnie na taką rehabilitację skierować. Zaproponował mi, żebym po zdjęciu gipsu ponowne złożyła wniosek. Tak właśnie uczyniłam.
Na drugiej komisji przeszłam "badanie": proszę się położyć i podnieść nogę, proszę stanąć na palcach, proszę się przejść... Następnie lekarz zapytał, czy ręka mnie boli. Powiedziałam, że owszem, boli. I wtedy usłyszałam: "Nie mogę pani skierować na leczenie, bo nie ma widocznych objawów bólowych i porusza się pani prawidłowo. Dla poprawy stanu zdrowia proponuję rehabilitację prywatną, takich gabinetów jest na naszym terenie sporo. Do widzenia".
Nie pokusiłam się o wgląd w moją dokumentację medyczną, gdyż nie wiedziałam o takiej możliwości. Pytałam natomiast, czy mogę się odwołać się od decyzji lekarza, ale mi powiedziano, że jest ona ostateczna.
Czyli podobnie jak bohaterka tekstu "Gazety" zostałam cudownie uzdrowiona przez orzecznika. Teraz spróbuję obejrzeć moje dokumenty z komisji, żeby sprawdzić, co tam zostało wpisane. Sądzę, że same pozytywy o stanie mojego zdrowia.
Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa