http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Trochę ciszej nad tą trumną, proszę

Adrian Kozanecki
2010-06-30, ostatnia aktualizacja 2010-06-30 15:24

W ocenie tragedii, wypowiedziach polityków, komentarzach ekspertów uderza nie to co w tych wypowiedziach jest, ale to czego konsekwentnie w nich nie ma. Mianowicie nie ma słowa na temat odpowiedzialności za najważniejsze osoby w państwie osób innych niż piloci.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Jak niemal każdy Polak zapoznałem się ze stenogramem zapisu czarnych skrzynek. Wysłuchałem i przeczytałem opinie rozmaitych ekspertów, zarówno prawdziwych, jak i udawanych, a do napisania tego listu sprowokowały mnie przede wszystkim głosy bezwarunkowego potępienia działań załogi, zarzuty bezmyślnego naruszenia procedur, itp.

Tymczasem ze stenogramu oraz z fragmentarycznych informacji, które publikowane były wcześniej, wyłania się, moim zdaniem, bardzo prosty, zapewne zbyt prosty dla kreatorów teorii spiskowych, obraz wydarzeń:

Zgodnie z opiniami ekspertów do wysokości 100 m załoga nie popełniła żadnego błędu, ale po kilku sekundach poziomego lotu samolot nagle zaczyna spadać. Kluczowe dla dalszego losu samolotu są pierwsze 4 (może 5) sekundy, w czasie których samolot gwałtownie opada do poziomu 50-40 m. Na tej wysokości zapada ostateczny wyrok, bo przy tej szybkości opadania samolot mógł się już tylko rozbić. Tu żadne komendy ani zaklęcia nie mogły pomóc. Można zaklinać deszcz, wiatr, mgłę, ale zaklinanie grawitacji i innych praw fizyki nie ma sensu, bo one są zawsze, czy tego chcemy, czy nie.

Oczywiście dziś można dowolnie spekulować, dlaczego samolot zaczął nagle tracić wysokość, jestem jednak przekonany, że w oficjalnym komunikacie za wiele miesięcy znajdzie się wniosek mniej więcej tej treści: "bezpośrednią przyczyną katastrofy było niewyłączenie automatycznego pilota kontrolującego wysokość po osiągnięciu przez samolot lotu poziomego, w wyniku czego po wejściu nad wąwóz przed lotniskiem samolot zaczął gwałtownie opadać. Zanim piloci zidentyfikowali przyczynę opadania i zareagowali (to te krytyczne 4-5 sekund), było za późno".

To z pewnością błąd pilota, ale może jednak niemieszczący się w kategoriach: skandaliczego, niewyobrażalnego, samobójczego itp., bo od takich ocen roi się w mediach. Sądzę, że piloci byli dobrze wyszkoleni, ale zostali kompletnie zaskoczeni sytuacją. Nie jest moim celem usprawiedliwianie błędów pilotów, ale przyłożenie do nich właściwej miary. Czy na działania pilotów w tych krytycznych sekundach mogła mieć obecność innych osób w kokpicie? Z pewnością tak, bo ich obecność rozpraszała uwagę, a brak pełnej koncentracji ma kluczowe znacznie wtedy, gdy o wszystkim decydują ułamki sekund.

Możemy przyjąć za pewnik, że nawet gdyby pilotom udało się szczęśliwie wyprowadzić samolot z zagrożenia i odlecieć na inne lotnisko, to po powrocie do Warszawy zostaliby postawieni przed sądem wojskowym z oskarżenia o spowodowanie zagrożenia dla życia prezydenta i innych pasażerów samolotu. Nawet gdyby piloci wyszli z tego uniewinnieni i tak byłoby po ich karierze. Taka jest logika przepisów bezpieczeństwa transportu ludzi, zwłaszcza transportu lotniczego. Tu jednakże konieczna jest pewna refleksja.

W ocenie tragedii, wypowiedziach polityków, komentarzach ekspertów uderza nie to co w tych wypowiedziach jest, ale to czego konsekwentnie nie ma. Mianowicie nie ma słowa na temat odpowiedzialności za najważniejsze osoby w państwie osób innych niż piloci.

W tej konkretnej podróży przez kokpit przewalają się pielgrzymki pasażerów, wówczas bardzo ważnych osób, ale nikt, absolutnie nikt, nie zwrócił się do pilotów: panowie, wieziecie prezydenta RP nad terytorium obcego państwa, dlatego nie wolno stworzyć choćby cienia zagrożenia dla jego życia, a co więcej - wypadek może wywołać poważny konflikt międzynarodowy.

Nikt nie zdobył się na to, żeby powiedzieć, że w tych warunkach pogodowych należy po prostu odlecieć na inne lotnisko. Na pokładzie był szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, dowódcy wojsk, w tym lotniczych i kompletnie nikt nie zatroszczył się o bezpieczeństwo prezydenta.

Lech Kaczyński nie był prezydentem z mojej bajki, bo martyrologiczno-żałobny charakter tej prezydentury nigdy nie budził mojej sympatii. Taka ta prezydentura była i tak, niestety, się skończyła - najdłuższą w historii Polski żałobą narodową. Ale, jaka by nie była, to głowie państwa należy się zawsze szczególna ochrona.

Tej myśli zabrakło w krytycznym momencie, a właściwie wcześniej, kiedy wszystkiemu można było jeszcze zapobiec. Gorzej - historia lotu do Tbilisi pokazała, że przynajmniej część otoczenia prezydenta uważała działania chroniące go za złośliwy, personalny atak na głowę państwa. Gdzie tu, u licha, jest choćby cień odpowiedzialności. Być może ta koszmarna katastrofa musiała się wydarzyć, żeby do świadomości szeregu osób coś dotarło. Problem tylko, czy dotarło.

Z pewnym zażenowaniem słuchałem wypowiedzi ważnych polityków, że ze stenogramem z rejestratorów najpierw powinny zapoznać się... a to rodziny ofiar, a to prokuratura, a to całe społeczeństwo, byle tylko nie Rada Bezpieczeństwa Narodowego. No cóż, śmierć w jednej chwili prezydenta, szefa BBN, całego dowództwa armii jest sprawą ściśle dotyczącą bezpieczeństwa narodowego i wszystkie tragedie osobiste muszą w tej sytuacji zejść na plan drugi. Można dyskutować, który organ odpowiedzialny za bezpieczeństwo państwa powinien mieć wszystkie informacje jako pierwszy i prawo decyzji o ujawnieniu zapisów, ale ta katastrofa nie nosi wyłącznie znamion tragedii osobistych. Szkoda, że nie wszyscy czołowi politycy opozycyjni to rozumieją.

Myślę, że upublicznienie stenogramów w tej akurat treści było konieczne, aby położyć kres najbardziej niedorzecznym spekulacjom. Bezpośrednią przyczyną katastrofy był zapewne tylko jeden błąd pilota, ale ta tragedia to finał pewnego ciągu wydarzeń, zbioru niezrozumiałych postaw, braku profesjonalizmu i odpowiedzialności.

Na pilotów nikt nie musiał wywierać bezpośredniej presji i zapewne nikt od nich nie żądał lądowania w tych warunkach, wystarczy, że kokpitowi pielgrzymi stali nad pilotami w krytycznym momencie, a na pokładzie samolotu nie znalazł się nikt, kto powiedziałby - odlatujemy stąd. Dlatego, proszę, ciszej nad tymi trumnami. Pochylmy głowy w szacunku, milczeniu lub modlitwie także nad grobami pilotów, a niektórzy niech się uderzą w piersi. I to mocno.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':