Klikaj: www.szkola20.blox.pl, pisz: szkola-20@gazeta.pl
Inicjatywa Szkoła 2.0 dostarczyła wielu obserwacji, w większość raczej oczekiwanych - dzisiejsza polska szkoła, a zwłaszcza uczęszczający do niej uczniowie, to część świata cyfrowego. Trudności nastręcza jednak interpretacja tych obserwacji, zaaplikowanie odpowiedniego lekarstwa na leczenie bolączek i przewidywanie, jaka będzie przyszłość szkoły i edukacji.
Powodów tego, co się dzieje w szkole i wokół niej, upatruje się w niedostosowaniu niemal wszystkich. Uczniowie znajdują słabą motywację do szkolnego wysiłku, bo szkoła jest daleko od ich codziennych zainteresowań. Szkoła jest słabo wyposażona w technologie, które uczniowie mają w zasięgu ręki poza szkołą i w domach. Nauczyciele przybyli z innego świata i nie rozumieją "mowy" uczniów, a szkoła tkwi w modelu XIX-wiecznym.
Chciałoby się, by współczesny uczeń mógł powtórzyć kiedyś słowa Marka Twaina: "Nigdy nie dopuściłem, by chodzenie do szkoły zaszkodziło mojemu (wy)kształceniu", chociaż wielu z nich może mieć problem z określeniem, czym rzeczywiście ma być jego wykształcenie.
Z wizyt w szkołach i z rozmów z uczniami wyłania się obraz szkoły, w której to, co się dzieje, zwłaszcza z wykorzystaniem komputerów, ma niewielki związek z tym, co uczeń robi poza szkołą i w domu. Potrzebne jest bardziej pogłębione spojrzenie na rolę szkoły i technologii, niezbędne są nowe rozwiązania technologiczne, które zasypią przepaść między szkołą i nie-szkołą. Takie rozwiązania są już w użyciu, o czym piszę pod koniec artykułu.
Zajmę się rozwianiem pewnych uproszczeń i nieporozumień, pochylę nad niektórymi diagnozami stanu, by wreszcie na końcu zaproponować modelowe rozwiązanie, czekające na akceptację środowisk edukacyjnych, zwłaszcza czynników rządowych.
Zacznijmy od apelu, by
nie poddawać się terrorowi Internetu Nie dopuszczajmy, by Internet terroryzował edukację!
Publicysta "Gazety" Adam Leszczyński pyta - czy dzisiejszy uczeń, mając pod ręką Internet, musi pamiętać datę bitwy pod Grunwaldem? To źle postawione pytanie, bo jeśli nie wie, co to była bitwa pod Grunwaldem, to rzeczywiście po co ma znać jej datę? Ale jeśli już wie o niej np. z "Krzyżaków" Henryka Sienkiewicza, to data jest drugorzędnym faktem, na ogół trzymającym się opisu bitwy. Kłania się tutaj powiedzenie przypisywane Goethemu: znajduję to, co znam. Znam - czyli wiedza z faktów np. z Internetu, a nie odwrotnie - puste i porozrzucane fakty. Wątpię, by mądry nauczyciel karał za samą datę bitwy pod Grunwaldem.
Nie szukajmy podziałów tam, gdzie ich nie ma.
Ostatnio dyskusja dość często kręci się wokół podziału teatru szkoły na cyfrowych tubylców (digital natives) - to uczniowie urodzeni w erze cyfrowej, w erze Internetu - i cyfrowych imigrantów (digital immigrants) - to nauczyciele z "poprzedniej epoki".
A przecież w szkołach są już także nauczyciele urodzeni w erze Internetu! Co więcej, czy nauczyciel, urodzony jako imigrant, który przeszedł całą drogę cyfrowej cywilizacji, nie jest bardziej digital niż ci, którzy znają tylko świat cyfrowy? Nie twórzmy podziałów, których nie ma.
Opracowania lektur nie wymyślili leniwi cyfrowi tubylcy - uczniowie zawsze byli tacy sami. Sam o brykach (skrótach) lektur dowiedziałem się od swoich rodziców, którzy korzystali z nich jeszcze przez wojną.
Świat uczniów niewiele się zmienia z latami - mówił o tym także Neil Selwyn, socjolog z W. Brytanii. Nie róbmy z tego problemu. Rzeczywistym problemem w tym przypadku jest dobór lektur - my nie przepadaliśmy za opisami przyrody w "Nad Niemnem", a cyfrowym tubylcom nie podoba się "Zemsta".
Na plagę kopiowania jednak są przynajmniej dwa lekarstwa: surowo karać za próbę oszustwa, ale umożliwiać korzystanie z innych opracowań w sposób zgodny z prawem. Moi studenci nie mają okazji skopiować i wcale ich nie tropię - dyplomantów trzymam zbyt krótko, nie mają kiedy, widzę kolejne wersje ich prac, które przynoszą, a inni -muszą przedstawić swoją pracę i wtedy okazuje się na ogół, że łatwiej jest napisać to swoimi słowami.
Pamiętam swoją budę - byłem najczęściej źródłem rozwiązań zadań z matematyki, ale nauczyciel miał sposób - gdy raz złapał kogoś na niezrozumieniu "własnego" rozwiązania, trudno mu było później dostać coś więcej niż dostateczny.
Blisko ćwierć wieku komputerów w szkołach przynosi dzisiaj wnioski, o których warto pamiętać. Nadal jednak jest widoczne podejście, w którym technologia "rządzi" edukacją
polegające na zastanawianiu się, jak skorzystać z istniejącej technologii, jak ją przykroić do edukacji. Uczeń pyta - dlaczego nie mogę korzystać z komórki - wtedy wielu nauczycieli, by utrzymać zainteresowanie uczniów oddaje inicjatywę w ich ręce i wtedy zadanie polega na odrobieniu tematu z pomocą komórki. To dominacja narzędzia nad metodą. Technologia komputerowa zaczynała jako wsparcie edukacji, dzisiaj już wiemy, że
by technologia wniosła cokolwiek do edukacji wymaga edukacyjnego wsparcia, a więc role się odwróciły, lub inaczej - przeplatają się, splatają się, integrują się - z decydującą rolą edukacji.
Niemal wszyscy są zgodni, że technologia komputerowo-internetowa powinna być elementem nauczania każdego przedmiotu.
Nie obarczajmy przy tym informatyków winą za to, że tak jeszcze nie jest, bo to nie oni bronią dostępu do komputerów i do pracowni, tylko często nie ma chętnych wśród innych nauczycieli.