Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Z wielką przykrością przeczytałem felieton Jacka Żakowskiego
"To nie Princeton, to Warszawa". Przyznaję, iż rozpoczynając lekturę, interpretowałem tytuł na korzyść "Warszawy", mając nadzieję, że być może na UW udało się dokonać czegoś, co nie udało się na Princeton University. Niestety.
Reakcje części środowiska naukowego, o których wspomina red. Żakowski były zadziwiające. Dla mnie były one tym bardziej szokujące, że kilka dni wcześniej prof. Singer miał wykład na mojej obecnej alma mater, czyli na Uniwersytecie Oksfordzkim. Wykład cieszył się ogromnym zainteresowaniem wśród studentów oraz kadry naukowej Uniwersytetu. Nie było nawet cienia kontrowersji, prof. Singer wielokrotnie wykładał w Oksfordzie, tutaj też obronił swoją pracę doktorską.
Lektura komentarza w "Gazecie" boleśnie uświadomiła mi kilka faktów. Jestem pewien, że żaden z tutejszych profesorów nie musiał "zapoznawać" się z poglądami prof. Singera, po tym, jak dowiedział się o jego wykładzie. A nawet gdyby hipotetyczny profesor X, nigdy wcześniej o nim nie słyszał i miał odmienne poglądy, to wykład prof. Singera byłby dla niego przede wszystkim okazją do polemiki i debaty.
Nikt z moich kolegów, z którymi studiuję nie chciał uwierzyć, że różnica poglądów pomiędzy kilkorgiem profesorów najlepszej polskiej uczelni, a jednym z uczestników konferencji, mogła okazać się wystarczającym powodem do jej odwołania.
Być może przepaść między światową czołówką a polskimi uniwersytetami jest jeszcze głębsza niż by na to wskazywało dzielące je 400 pozycji.