Znałeś jedną z ofiar tragedii w Smoleńsku? Masz emocjonalne wspomnienie, którym chciałbyś się podzielić? Napisz. Opublikujemy je w serwisie Wyborcza.pl, niektóre także w papierowej "Gazecie Wyborczej". Piszcie: wspomnienie@g.pl
Czekamy też na wasze zdjęcia: Polska w żałobie - zdjęcia internautów
>
** "Miałam szczęście poznać Panią
Marię Kaczyńską i przekonać się jaką kochaną i pogodną była osobą. Jakiś czas temu zgodziła się patronować przedsięwzięciom dotyczącym pięknej idei Rodzicielstwa Zastępczego. Z tej okazji chętnie spotykała się z rodzinami zastępczymi. Bywało też, że zapraszała na spotkania rodziny do siebie, do Pałacu. Pamiętam, szczególnie jedno z takich spotkań.
Siedzimy przy stole w saloniku (byłam na tym spotkaniu jedną z osób wspomagających organizację, to był mój pierwszy kontakt z Panią Prezydentową). Czekamy na gości, na rodziców z dziećmi. Przychodzi Pani Prezydentowa. Od drzwi, od pierwszego momentu z pogodą wita się, rozmawia z każdym komu podaje rękę. Siada. W tym momencie w zamieszaniu upada jej torebka, a zawartość rozsypuje dokoła. Z koleżanką rzucamy się na pomoc, gotowe wyręczyć Pierwszą Damę. A Pani Maria natychmiast zanurza się pod stół, dołącza tam do nas. I z radosnym komentarzem "no widzicie jaka ze mnie niezdara", śmiejąc się i ciągle gadając zbiera z nami co możliwe, zupełnie nie przejmując się tym, jak to z zewnątrz wygląda.
Na tym samym spotkaniu, poprosiła zaproszone dzieci, by jeśli chcą (był Dzień Matki) wystąpiły dla mam i coś zaśpiewały, powiedziały. Zgłosiło się czworo dzielnych ochotników (tego oczywiście nie było w planie). Gdy śpiewały Pani Maria, skinęła na pana z BOR-u i cichutko poprosiła o przygotowanie wiązanek kwiatków dla małych występujących. Kwiaty zostały dyskretnie doniesione i wręczone przez Panią Prezydentową każdemu artyście ku zaskoczeniu i dzieci, i mam.
Spotkanie dobiega końca. Pani Maria żegna gości, rozgląda się po saloniku, patrzy na nas i z tym swoim kochanym uśmiechem mówi: "A dla Was nic nie mam! Ale poczekajcie, zaraz zaradzimy". Po czym stanowczym krokiem podchodzi do solidnie uformowanego, pięknie skomponowanego bukietu róż, stanowiącego artystyczną dekoracje i ozdobę saloniku. I zdecydowanym ruchem wyrywa kilka z nich. Zdewastowała bukiet, a my dostałyśmy róże od pani Prezydentowej. Wyszłyśmy nie oczarowane, ale zaczarowane jej ciepłem, prostotą i radością życia. Potem byłe kolejne, podobne spotkania... Moje zaczarowanie Panią Marią nie przeminie."
Anna** Mieszkam w Kanadzie. Daleko od Warszawy. 25 lat temu, z paszportem w jedną stronę, opuściliśmy kraj. Płakała cała moja rodzina. Byłam szczęśliwa, gdy
Lech Kaczyński został prezydentem. Był to mój prezydent, z Solidarności. Rok temu w Muzeum Cywilizacji w Ottawie było spotkanie z Jego żoną, panią Marią. Mój mąż wręczył Jej swoją książkę, o polskich legionach. Po tym spotkaniu, wiele razy nosiłam się z zamiarem napisania do Prezydenta ciepłego listu. Bez ogonków, bo nie miałam polskiego alfabetu. Napisałam, że jest moim prezydentem, bo jestem z tej samej "szkoły". Zapraszałam do nas, do Kanady, kiedy już będzie miał dość polityki i rządzenia, kiedy będzie już "wypalony". Tak dosłownie napisałam. Mój mąż był oburzony, że list poszedł bez ogonków. Z Kancelarii Prezydenta przyszła prośba o kontakt, o telefon, a potem piękny list. Gdy listonosz zadzwonił do drzwi, a mój mąż odebrał kopertę, powiedział mu, ze takich listów to nie wręcza codziennie. Kanadyjczyk popatrzył z zainteresowaniem. Naprawdę, od polskiego prezydenta? Mój list bez ogonków został zauważony.
Krystyna Jakubiak** Pamiętam
panią prezydentową, która przyjęła dzieci z Gazy i była dla nich jak matka. Pamiętam pomoc
pana prezydenta, który w czerwcu 2009r. zapewnił nam samolot i zaprosił do Polski siedemdziesięcioosobową grupę dzieci będących ofiarami wojny w Gazie. Pamiętamy Wicemarszałków Sejmu, panów
** Sopot, Armii Krajowej 55 - co to za adres? Tutaj mieszkali:
Lech i Maria Kaczyńscy. Mieszkańcy Sopotu. Teraz przed kamienicą, na furtce i na płocie - kwiaty, wieńce i wiązanki. Palą się znicze i świece, ustawiane na chodniku o długości kilkunastu metrów. Dywan honorowy przed domem - świecącej i gorącej pamięci. Ludzie - z sąsiedztwa, również mieszkańcy Sopotu i Trójmiasta - przychodzą całymi rodzinami, spacerują samotnie i z psem na smyczy, zatrzymują się przed wejściem do kamienicy, rozmawiają z przygodnie napotkanymi przechodniami, obok biało-czerwonych barierek i wozu policyjnego. Modlą się. Wspominają. Rozpaczają. Płaczą. Milczą. Jakaś pani z kamienicy obok przyniosła słoje z wodą by przynajmniej niektóre kwiaty nie więdły. Kolorowe, rozkwitnięte, dorodne kwiaty na dopiero przebudzonej wiosną ziemi. Kontrast skojarzeń. Kwiaty na ziemi. Niedaleko jest też ulica Monte Cassino. Maki - żołnierz, który poległ, historia pamięci o historii. Zginęli w Katyniu, pamiętając o Katyniu, który zginął za Tę, która nie zginęła. Póki żyjemy... My! Tutaj i dzisiaj. Na wysokości okien pierwszego piętra pękają zielone pąki drzew. Po gałęziach skaczą wiewiórki. Świergot jest już w powietrzu. Ot, taki prowincjonalny - w gestach niosących przesłanie - w nowej rzeczywistości. No, to cóż - czuwajmy nawzajem, nad mieszkańcami tego narodu.
Mw z Sopotu** Panią
Marię Kaczyńską po raz pierwszy poznałem na sesji zdjęciowej tuż przed wygranymi wyborami prezydenckimi przez Lecha Kaczyńskiego. Ujęła mnie wówczas swoją otwartością, naturalnym sposobem bycia i dużym poczuciem humoru. Dwa lata później, miałem okazję fotografować ich razem w letniej scenerii ogrodu Pałacu Prezydenckiego. Miałem wrażenie, że ich spotkanie podczas naszej sesji zdjęciowej było miłym przerywnikiem w nawale obowiązków Pana Prezydenta. Dał nam do dyspozycji ok. pół godziny, podczas której zamiast człowieka skupionego na pracy i myślącego o prezydenckich powinnościach, zobaczyliśmy mężczyznę przepełnionego miłością do Swojej Żony, wrażliwego człowieka. Gdy po raz drugi fotografowałem ich w czasie Świąt Bożego Narodzenia 2009, ich zachowanie znów było przepełnione ciepłem i czułością względem siebie. W mojej pamięci pozostaną na zawsze jako zakochani w sobie młodzieńczą miłością.
Krzysztof Opaliński**
Lech Kaczyński w 2008 roku otrzymał tytuł 'Kociarza Roku 2007' od miesięcznika Kot. Wywołało to wiele prześmiewczych komentarzy w mediach. A dla mnie, jako wolontariusza w schronisku dla zwierząt, była to rzecz, za którą darzyłem prezydenta wielkim szacunkiem. Tytuł otrzymał za swoje działania, gdy był jeszcze prezydentem Warszawy - m. in. utworzył stanowisko pełnomocnika ds. zwierząt, miasto zakupiło karmę dla zwierząt bezdomnych, pojawiły się apele o zostawianie otwartych okienek piwnicznych, aby koty mogły przetrwać zimę. Było w tym coś bardzo ludzkiego. Nie dogadałbym się z prezydentem w sprawach politycznych, ale na pewno o kotach moglibyśmy bardzo długo rozmawiać.
Czterdzieścidwa** Chciałabym się podzielić moim pierwszym i jak się okazuje ostatnim spotkaniem z Pierwszą Damą Rzeczypospolitej Polskiej. Parę miesięcy temu, któregoś dnia w porze lunchowej weszłam do pobliskiego pasażu handlowego Arkada na zakupy. Rozglądałam się dokoła, zastanawiając się do którego następnego sklepu wejść. I w tym momencie zauważyłam spacerującą po pasażu panią
Marię Kaczyńską. Od razu ją rozpoznałam i od razu rzucił mi się też w oczy towarzyszący jej młody człowiek z BOR'u, dyskretnie podążający za nią w pewnej odległości. Serce mi biło mocno, bo postanowiłam podejść i poprosić o uściśnięcie ręki. Nie byłam pewna jak zareaguje pani Maria i jak zareaguje towarzyszący jej pan z ochrony. Ale wiedziałam, że może to będzie jedyna okazja w moim życiu, by wyrazić jej moją sympatię. Podeszłam powoli i stanęłam przed nią. Gdy na mnie spojrzała tym swoim łagodnym spojrzeniem nie miałam już żadnych oporów. Uśmiechnęłam się i spytałam czy mogę uścisnąć jej dłoń. Nie zapomnę tego, że nawet przez moment się nie zawahała, wyciągnęła rękę i obie uśmiechnęłyśmy się do siebie. Najbardziej utkwiła mi w pamięci towarzysząca jej aura niesamowitego spokoju i niezwykłej klasy.
Dzisiaj cieszę się, że się odważyłam.. I tym bardziej nie mogę ogarnąć tej tragedii, nie mogę sobie wyobrazić, że już nie zobaczę tych ludzi, że już nie zobaczę spokojnego uśmiechu Pierwszej Damy. Chyba zapomnieliśmy, że Pan Prezydent i Pierwsza Dama tak naprawdę byli przecież po prostu ludźmi. I dlatego łzy co chwilę pojawiają się w moich oczach. Niechaj spoczywają w pokoju.
Estera S., Warszawa** Pracuję w firmie kurierskiej
W piątek zadzwonił klient z zapytaniem czy nie da się przyspieszyć
przesyłki dla Pana Prezydenta
Lecha Kaczyńskiego z ważnymi dokumentami. Adresowana była do Gdańska z terminem na poniedziałek. Szła z Niemiec. Problem polegał na tym, że Prezydent miał planowo odlecieć z lotniska Wałęsy w poniedziałek o 17:00, ale plany się zmieniły i ze względu na wizytę w
Katyniu miał odlecieć z Okęcia o 7:00. Przesyłkę udało się przyspieszyć. Dziś o 7:53 ktoś odebrał ją w podwarszawskiej sortowni
po interwencji ludzi dobrej woli z naszej firmy. Tylko, że Jemu już
** Osobiście nie miałam szczęścia znać Pana Prezydenta
Lecha Kaczyńskiego ani innych osób, które zginęły w katastrofie. Pragnę przywołać sytuację, którą mogłam obserwować dzięki mediom i która zapadła mi w pamięć. Mam na myśli spotkanie Pary Prezydenckiej z dziećmi, które docenił i wyróżnił za ich odwagę podczas próby przyjścia z pomocą osobom potrzebującym. Wzruszyła mnie wtedy ta relacja.
Stanisława Kokocińskasię nie przyda...
Miłosz Raq** Jestem Polką zamieszkałą na Węgrzech. Miałam zaszczyt spotkać Pana Prezydenta
Lecha Kaczyńskiego i jego żonę w czasie ich pobytu na Węgrzech w 2006 roku. Odsłonięto wtedy pomnik przyjaźni polsko-węgierskiej w Gy r. Jechałam tam z przyjaciółką z Budapesztu, reprezentowałyśmy stowarzyszenie Polaków na Węgrzech imienia J. Bema. W drodze do Gy r na autostradzie minęła nas rządowa delegacja, jechali bardzo szybko. Przestraszyłyśmy się, że nie zdążymy. W Gy r nie wiedziałam dokąd jechać, jeszcze nie miałam GPS-a. Zdążyłyśmy na czas, Prezydent prowadził rozmowy z władzami miasta. My podziwiałyśmy pomnik: dwa dęby złączone konarami i korzeniami. Był jeden z pierwszych wiosennych dni, ładna pogoda, ale trochę zmarzliśmy w oczekiwaniu na Prezydentów. W końcu przyjechali, rozpoczęła się uroczystość, przemówienia. Podniosła chwila... Stroje polskie, węgierskie, flagi... Wspaniałe uczucie, że jestem Polką. Potem przejechaliśmy do gmachu opery w Gy r, na program artystyczny. Występował zespół Śląsk i słynny
balet miasta Gy r. A później bezpośrednie spotkanie z Panem Prezydentem. Lech i Maria Kaczyńscy stali skromnie, gdyby nie grupy Polaków kłębiące się wokół nich, nie rzucaliby się w oczy. Jestem wysoka, najpierw czułam się trochę dziwnie, ponieważ byli ode mnie dużo niżsi. Ale zupełni niepotrzebnie, byli serdeczni, grzeczni, uprzejmi, normalni... Udało mi się zrobić kilka zdjęć telefonem komórkowym nie najlepszej jakości. Nie miało znaczenia, że różnimy się poglądami politycznymi, że nie mieszkam w Polsce od 20 lat. W tamtym momencie czułam, że duszą należę do Polski i że jest MOIM PREZYDENTEM. Pozostanie nim na zawsze...
Lidia GruszczyńskaCzekamy też na wasze zdjęcia (aby wysłać zdjęcie kliknij na znajdujący się poniżej przycisk).