List ten piszę do redakcji "Gazety Wyborczej", ale przede wszystkim do pana Leopolda Ungera, któremu pragnę podziękować za
ważny artykuł na temat francuskiego wydania książki "Jan Karski". Mam co prawda obawy, czy ten głos oddany w słusznej sprawie nie odniesie skutku odwrotnego od zamierzonego, czyli, że sprowokuje ogromne zainteresowanie polskiego czytelnika słabą książką. A powinno się jej ukazanie raczej wstydliwie przemilczeć.
Jedno jest pewne - będzie gorąco! Nic tak dobrze nie wpływa na zainteresowanie publikacją, jak krytyczna recenzja tuż przed startem sprzedaży.
Moim zdaniem zamiast znęcać się nad młodym autorem i jego dziełem, należy poważnie zastanowić się nad tym, jak to się dzieje, że nasi bohaterowie okresu drugiej wojny światowej są tak atrakcyjni dla obcojęzycznych twórców. Dlaczego historia Ireny Sendlerowej i niezwykłe losy Jana Karskiego tak bardzo imponują, że powstają o nich książki i filmy w różnych krajach. I chociaż piszący o nich nie znają naszego języka, naszej historii - podejmują trud opowiedzenia swoim rodakom o obcych bohaterach.
Należałoby się z tego tylko cieszyć, gdyby robili to dobrze, rzetelnie. Jednak bariera językowa i kulturowa nie pozwala im wniknąć w zawiłe labirynty naszej historii tak dobrze, aby sami coś zrozumieli i przekazali pełną prawdę o tamtych czasach swoim rodakom.
Czy muszą koniecznie fabularyzować zdarzenia historyczne, aby ułatwić odbiór prawdziwych opowieści? Nas to drażni i denerwuje. Po pierwsze: bo oto obcy zawłaszcza naszą historię i jeszcze naciąga fakty, zmyśla itd.
Kiedy jesienią dowiedziałam się o książce Yannicka Haenela pomyślałam, że to dobrze, iż we Francji dowiedzą się kim był Jan Karski i co takiego zrobił. Kiedy doszły do mnie krytyczne oceny powieści, nie zdziwiło mnie to wcale. Bo przecież fabularna opowieść daje autorowi dużo większe możliwości naciągania faktów, manipulowania nimi. Można zupełnie inaczej niż to było naprawdę pokazać okoliczności zdarzeń historycznych. I co komu do tego? Przecież to tylko literacka (a nie prawdziwa!) wizja twórcy! Tak, tylko wtedy inny powinien być tytuł książki! Nie informujący wprost czytelnika o kogo chodzi, kto jest tej fabuły prawdziwym bohaterem. Czyje życie zostało skonfabulowane. Ale tu wkracza marketing! Więcej czytelników skusi nazwisko prawdziwego bohatera, niż fikcyjnego.
Na marginesie tej historii związanej z Janem Karskim, chcę się podzielić kilkoma refleksjami związanymi z filmem fabularnym o Irenie Sendlerowej, który zrealizowali Amerykanie. W filmie ciekawym (choć drugoplanowym!) bohaterem jest 12-letni Jasio, szmugler z warszawskiego getta. Taki trochę zawadiaka, łobuziaczek, który w warunkach wojennych zachowuje się jak prawdziwy bohater. Z narażeniem życia, po aryjskiej stronie, zdobywa żywność dla swoich najbliższych. Otóż jest to postać dla filmu wymyślona przez reżysera. W rzeczywistości Irena Sendlerowa nie znała takiego chłopca. Scena, kiedy Jasio z pomocą ojca ucieka z wagonu jadącego do Treblinki jest jedną z najlepszych w całym filmie.
Ojciec nogą wyłamuje deskę w podłodze wagonu i spuszcza syna na tory. Chłopiec czeka aż wagon odjedzie i ucieka w las. W śniegu po pas! A przecież wywózki z Umschlagplatzu to był środek upalnego lata! Ale kiedy kręcono film na Łotwie, był listopad i grudzień, spadł im śnieg. I ten śnieg pokazany w filmie będzie drażnił polskiego widza, który wie, że Wielka Akcja trwała od 22 lipca do połowy września 1942 roku. Ale zagranicznemu odbiorcy tego filmu, który o tym nie musi wiedzieć - śnieg zupełnie nie przeszkadza. Przeciwnie, jak mi opowiadano, dodaje dodatkowych emocji, wywołuje silniejsze wzruszenie, współczucie.
W czasie bardzo wielu spotkań autorskich, młodzież pyta mnie właśnie o dalsze losy Jasia. Czy przeżył wojnę, gdzie mieszka, kim jest, czy odwiedził Irenę Sendlerową. Są rozczarowani, gdy opowiadam im, że Jasia wymyślił John Kent Harrisom, autor scenariusza i reżyser filmu. Młodzi widzowie utożsamiają się z Jasiem, stał się bohaterem ich pokolenia.
Fikcyjna opowieść jego historii zwyciężyła prawdziwą, która także jest pokazana w filmie.
Kilkumiesięczne niemowlę wkładane do drewnianej skrzyneczki to przecież żyjąca współcześnie Elżbieta Ficowska! O nią nikt mnie nie pyta.
Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>