Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Biegam po mieszkaniach z osobami, które mieszkanie chcą kupić. Kocham tę pracę. Jestem do niej stworzona.
Rekrutacja Październik 2009. Zaniepokojona sytuacją w firmie, dla której pracuję od kilkunastu miesięcy, postanawiam znaleźć nowe miejsce, w którym mogłabym - rozwijając się zawodowo - zarabiać konkretne i w miarę pewne pieniądze, na tym co lubię robić najbardziej.
Robię wywiad wśród znajomych i klientów (właściwie jednego klienta - takiego co dużo mieszkań kupuje i dużo sprzedaje) do kogo warto uciec. Skoro mam talent do tego zajęcia - chciałabym pracować z najlepszymi. Pada na dużą sieciową firmę o ogólnopolskim zasięgu. Mail z moim
cv i wypieszczonym listem motywacyjnym trafia gdzie trzeba. Telefon z propozycją spotkania dzwoni następnego dnia. Rozmowa rekrutacyjna (pierwsza z dwóch) odbywa się w jednym z oddziałów firmy.
- Będzie Pani u nas dużo zarabiać - słyszę od siedzącego w skórzanym fotelu vis a vis człowieka prezentującego mi na laptopie przewagę jego firmy nad konkurencją, po wyłuszczeniu mu swoich oczekiwań i dotychczasowego doświadczenia.
- Świetnie - odpowiadam z szerokim uśmiechem, mając w myślach wizję szybkiego wyratowania domowego budżetu z finansowych tarapatów.
Wyrażam gotowość spotkania się na drugim etapie rekrutacyjnego sita w panią dyrektor ds. sprzedaży oraz wzięcia udziału w 14-dniowym szkoleniu, które ma ruszyć lada dzień. O ile pani dyrektor mnie zaakceptuje.
Spotkanie w celu zatwierdzenia bądź odrzucenia mojej kandydatury odbywa się w piątkowy wieczór. W wąskim gabinecie nowoczesnego biurowca siedzi młoda kobieta. Kandydaci wchodzą i wychodzą mijając się w drzwiach. Gdy nastaje moja kolej, siadam naprzeciwko niej próbując zamaskować lekkie podenerwowanie.
- Dlaczego chce Pani pracować dla nas?
- Mój klient na pytanie, z kim najlepiej mu się współpracuje wskazał Was.
Młoda pani dyrektor od razu orientuje się o kim mówię.
- Wszyscy tu bardzo lubimy Helmuta - uśmiecha się, a ja czuję, że rekomendacja młodego niemieckiego inwestora gustującego w atrakcyjnych - cenowo i lokalizacyjnie - mieszkaniach - działa w obie strony.
Po podzieleniu się dotychczasowymi doświadczeniami w pracy z klientami i pochwaleniu średnimi wynikami sprzedaży za ostatnie miesiące słyszę, że firma właśnie takich ludzi szuka i nie ma wątpliwości, że dobrze trafiłam.
Yes, yes, yes! Będę pracować z najlepszymi!
Szkolenie Pierwsza rzecz, jaka rzuca mi się w oczy na szkoleniu to fakt, że w około trzydziestoosobowej grupie dominuje płeć męska. Ze zdumieniem zauważam też, iż niemal wszyscy ubrani są "biznesowo" - garnitury, krawaty. Oceniam własny strój: może zbyt na luzie podeszłam do tematu?...
Poznajemy się. W obecności prezesa i pani dyrektor każdy ma powiedzieć coś o sobie - skąd się tu wziął, co robił wcześniej i dlaczego wybrał właśnie ich firmę? Okazuje się, że spora część kandydatów na doradców
nieruchomości wcześniej w ogóle się tym nie zajmowała. (Firma twierdzi, że to dobrze - ci co już się zajmowali często mają "nawyki"). Dominują doradcy finansowi, którzy postanowili się "przebranżowić". Jak się łatwo domyślić - i takie stwierdzenie pada raz po raz - robią to ze względu na większe możliwości finansowe. Doradca ds. nieruchomości zarabia więcej niż doradca finansowy. A że firma sprzedaje - i to nieźle - każdy chce coś uszczknąć z tego tortu. Co tu ukrywać - jesteśmy tu dla kasy Dla rozwoju tylko niektórzy. Przyznaję głośno, że jestem tu z obu powodów. Chcę i zarabiać i rozwijać się.
Szkolenie utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze trafiłam. Chłopak, który je prowadzi ma dużą wiedzę i łatwość jej przekazywania. Naprawdę robi wrażenie. Pod wpływem tego, co mówi, postanawiam przewartościować pewne przekonania. Na przykład - koniec z pomocą wychodzącą poza warunki umowy pośrednictwa. Po wysłuchaniu wywodu o tym, że spotkanie na akcie notarialnym powinno być ostatnim spotkaniem z klientem, zaczynam myśleć, że nie powinnam się tak angażować Odremontowanie mieszkania pani S. przy pomocy zaprzyjaźnionej ekipy i znalezienie chętnych do wynajęcia go zaraz po tym, jak je kupiła i wróciła do Stanów, nie było dobrym pomysłem... A do tego teraz poświęcam mój czas i doglądam studentów. Muszę to zmienić - postanawiam.
Program szkolenia jest bogaty - dla mnie bomba, mam ciągły niedosyt szkoleń wszelkich, a już na pewno tych branżowych. Jest bardzo merytorycznie. Poza momentem gdy do głosu dochodzi prezes - jak udaje mi się potem ustalić w internecie: trzydziestokilkulatek będący złotym dzieckiem firmy. Jego wystąpienie na temat historii firmy, jej aktualnego kształtu i planów rozwoju nieodparcie przywodzi mi wspomnienie spotkań z liderami firm działających w systemie "piramidy". Do obrazu całości brakuje mi tylko podkładu muzycznego w postaci "Simply the Best" i "We are the Champions". Ogólny bon ton szkolenia psuje też słowo "zajebisty" padające z ust niektórych wykładowców. Słowo, którego namiętnie używają znajomi blokersi, a ja sama prywatnie rezerwuję dla uszu bliskich znajomych w momentach uniesienia emocjonalnego, zdaje się podbijać "salony". Gdzie ja się uchowałam?...