Wanda Paszewska w liście
"O cnocie pokory"w odpowiedzi na artykuł Magdaleny Środy
"Niech mury runą" napisała, że znajduje w Kościele ład, sens i świat wielkich wartości. Mam inne zdanie na ten temat.
Pani Wando, Kościół katolicki na Zachodzie, a mówiąc dokładnie teologia, w XIX wieku musiała się zmierzyć z tym, co przyniosły nowe czasy. I tamtejsza teologia, jak całe życie duchowe tamtejszego Kościoła, zyskała nowy oddech. Nową jakość.
A w Polsce? Nigdy do tego nie doszło. Brak jakiegokolwiek dialogu z myślącymi inaczej, brak konfrontacji swoich poglądów z innymi poglądami (też przeciwnymi) sprawił, że Kościół w Polsce zamienił się w odciętą, archaiczną, drętwą strukturę własnych lęków i interesów. Nie ma nic, dzisiaj, ten Kościół, mądrego do powiedzenia człowiekowi, poza wpędzaniem go w neurozę i postawę paranoika siedzącego w oblężonej twierdzy.
Stał się zdegenerowany. Zamienił się w monstrum, które trochę straszy swym wyglądem a trochę śmieszy. Stał się niepoważny. To samo staje się udziałem każdej kultury, zbiorowości, instytucji. Odcięta od wpływów innych, degeneruje się.
Wolność rozwala mury i usuwa jednomyślność. Wprowadza inność. Usuwa zaduch. Wietrzy.
Nie ma nic dobrego w homogenicznym społeczeństwie, bo stwarza się w nim fałszywe poczucie NORMY. Znaczy się: normalnie jest u nas a u innych jest inaczej i to jest nienormalne.
Przykładem jest poczucie normy heteroseksualnej. Antropolodzy kultury nazywają to heteromatrix - sztuczny świat, udający normę. A norma nie istnieje. To fałszywe poczucie pojawia się, gdy wszyscy jak jeden, myślą tak samo. Wtedy nikt się nawet nie zorientuje, że wszyscy zgłupieli. Bo jak się mają zorientować, skoro żyją w odcięciu od innych poglądów? Kto im o tym powie?
Dla chrześcijanina centralnym punktem wiary jest Jezus.
Katolicyzm (i prawosławie) mają dzisiaj najmniej wspólnego z nauką Chrystusa. On wyniósł człowieka do godności niespotykanej przed nim. Uważał, głosił, że człowiek jest ważniejszy od grupy, w której żyje. Nawet sposób w jaki nauczał pokazuje, że Jezus nigdy nie przemawiał do grupy ludzi. Choć słuchały go dziesiątki, mówił tak, jakby przemawiał do pojedynczej osoby. Posługiwał się specjalną formą kazań, jaką jest przypowieść. Ona jest ogólnikowa po to, by mogła być różnie interpretowana. Dlaczego tak mu zależało na tej swobodzie interpretacji? Bo wiedział, że każdy człowiek ma SWOJĄ drogę do Boga. Bo każdy człowiek ma swoje własne unikalne doświadczenie życiowe. Inaczej Boga szuka mnich, inaczej prostytutka, inaczej kierowca autobusu a inaczej lekarz. Indywidualizm. Skupienie się na pojedynczym człowieku jest niesłychaną cechą nauczania Jezusa.
Efektem tego jest to, że na Jego nauczaniu, nie da się zbudować żadnego, spójnego kodeksu etycznego, nie deformując istotnie sensu tego nauczania. To Jezusa wyróżnia. To sprawia, że chrześcijaństwo może być takie pociągające intelektualnie. Daje dużo swobody i wolności w poszukiwaniu Boga. Dla Kościoła katolickiego (zwłaszcza Kościoła w Polsce) taka wolność jest nie do zaakceptowania.
Nie ma co się chwalić tym, że się chodzi do kościoła. Dyktatura myśli i słowa. Jedna słuszna linia. Zamykanie ust myślącym inaczej. Poważne wypaczenie Ewangelii. Zrobienie z niej kodeksu etycznego. Archaiczne odczytywanie Słowa, bez uwzględnienia kontekstu historycznego. Brak jakiegokolwiek dialogu wewnątrzkościelnego. Prymat
papieża nad Soborem. Kult jednostki. Wynoszenie na ołtarze ludzi, od których porządny człowiek nie kupiłby nawet samochodu (np. założyciela Opus Dei albo niektórych papieży). Taki jest dzisiejszy Kościół katolicki jakim zostawił go
Jan Paweł II i jakim chciałby go widzieć Benedykt XVI.
Nie ma z czego być dumnym.