Była przylepką, lubiła siadać na kolanach i przytulać się. Miała wdzięk trzpiotki, jeszcze nie kobieta, a już nie dziewczynka. Pilnie studiowała; nie miała przyjaciół, za to otaczała się pluszowymi zabawkami. Byłem w siódmym niebie, bo zakochałem się w dziewczynie, która wydawała się mnie kochać jeszcze bardziej. Po pół roku dowiedziałem się, że w jej rodzinnym domu nie jest najlepiej. Wtedy pierwszy raz powiedziała: 'Może lepiej, abyś ode mnie odszedł'. Nie przeszkadzało mi, że jej ojciec pije ani że jej matka nie pracuje i jest 'niesympatyczna'. Mijały miesiące, lata, pięć lat - wzięliśmy ślub po wielu odłożonych terminach. Do USC przyszła bez rodziców ('Mamie powiem później, bo nie chcę wszczynać awantury'). Nie chciała też zmiany nazwiska ani formalnej zmiany zameldowania. Wiedziałem, że jest DDA (Dorosłym Dzieckiem Alkoholika), lecz to określenie nie było jeszcze dla mnie przekleństwem.
Dalsze życie to już równia pochyła. Nigdy się nie kłóciliśmy, dużo rozmawialiśmy. Ale mimo to... zaczęliśmy się od siebie oddalać. Coraz częściej jeździła do rodziców. Sama. Przed ślubem widziałem ich może z dziesięć razy, a po - ani razu, aż do pewnego dnia. Mieliśmy wypadek. Nikomu nic się nie stało, przynajmniej fizycznie. Coś się jednak stało, czego nie rozumiem, lecz słyszałem potem od psychologów. Rodzinny dom może być sektą, gdzie guru jest żona alkoholika, niepijąca, ale współuzależniona. Matka żony wszystkich rozstawiała po kątach, wulgarna, agresywna, nieznosząca sprzeciwu. Po prawie czterech miesiącach od wypadku, a dwa i pół roku małżeństwa pojechałem do żony i przy okazji powiadomiłem teściów, że jestem ich zięciem. Zobaczyłem okrutną kobietę i jej trzęsącą się ofiarę. Nie zostałem wpuszczony do domu. Raz byłem z żoną u psychologa po wielu moich błaganiach. Diagnoza: wyprowadzić się od matki i ojca, zerwać kontakty i leczyć się w ośrodku. Cóż z tego, że dowiedziałem się, że 'jestem troskliwym mężem'. Żona wolała wyjechać do rodziców katów znęcających się nad nią psychicznie. Dla mnie jest ukochaną, dla nich jest szmatą, k... W pracy natomiast żona jest nauczycielem akademickim, robi doktorat. Wydaje pół pensji na dojazd, a ode mnie jest tam rzut kamieniem. Radziłem się prawników ('Nic to nie da, żona musi złożyć zeznania przeciw rodzicom'). Złożyłem za to pozew o rozwód, bo nie mam już nic do stracenia - sama po wypadku groziła, że to zrobi. Jak bumerang wracają u niej słowa o samobójstwie. Zrobiłem wszystko, co można było zrobić, ja, moi rodzice i przyjaciele, część rodziny żony. Dwa dni po moich urodzinach najprawdopodobniej rozwiodę się z kobietą, która mnie kocha, ale boi się żyć poza cieniem własnej matki.
Źródło: Wysokie Obcasy