Polska przestała być krajem z filmu "Miś"

Magdalena Mach
16.02.2009 11:18
A A A Drukuj
Pomysł na biznes był szalony, realnie rzecz biorąc, nie miał żadnych szans. Ale mieliśmy po 19 lat i był rok 1989... - wspomina Tomasz Pazdan, współwłaściciel firmy LK Avalon
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
W 1989 r. zdawałem maturę. W okolicach czerwca trzeba było coś postanowić: oczywisty scenariusz to studia, ale mieliśmy 19 lat i inny pomysł na życie. Właśnie zaczęła obowiązywać pierwsza ustawa o działalności gospodarczej, postanowiliśmy więc założyć firmę, bo mieliśmy gotowy świetny produkt - grę "Robbo", którą stworzył Janusz Pelc. Naszym kapitałem był niczym nieskażony entuzjazm i... nic poza tym.

Już sam pomysł był szalony: firma wydająca programy komputerowe w kraju, gdzie nie istniała żadna ochrona praw autorskich. Przecież to kompletnie nie miało sensu biznesowego. Ochrona praw autorskich nie istniała w Polsce jeszcze przez kolejnych pięć lat w ogóle. Przez kolejnych parę lat istniała, ale w szczątkowym zakresie. Na początku robiliśmy przysługę ludziom, którzy bezprawnie korzystali z naszej pracy. Gdyby mi ktoś dzisiaj taki biznes zaproponował, to nie rozmawiałbym z nim nawet pięć minut.

Ale wtedy nie mieliśmy pojęcia, na co się decydujemy. Szybko marzenia brutalnie zderzyły się z rzeczywistością.

To była epoka kombinowania

Brakowało nam pieniędzy, ale to i tak nie był największy problem. To były czasy, kiedy brakowało dosłownie wszystkiego. Nie wystarczyło mieć pomysł na biznes, ustalić, gdzie zamawiamy materiały i z kim współpracujemy. Wtedy musieliśmy rozwiązywać najbardziej podstawowe problemy. Potrzebowaliśmy kaset magnetofonowych, bo na czymś te programy trzeba było sprzedawać. Wystarczy telefon do producenta, a on pyta: na kiedy? - owszem, tak jest dziś. W 1989 r. producent odpowiadał: "nie ma, sprzedałem wszystko na trzy lata do przodu".

Pozostało nam tylko jedno. W rzeszowskich księgarniach zalegał kurs językowy dla Polonusów, wydany z okazji festiwalu zespołów polonijnych - książka plus kaseta magnetofonowa. Wykupiliśmy wszystko, w sumie kilkaset egzemplarzy. Rozpakowaliśmy każdy - osobno kasety, osobno książki. Na kasety nagraliśmy swój program, a książki trafiły na makulaturę. W skupie dostaliśmy za nie talony na żarówki albo papier toaletowy.

Żeby kupić dyskietki, trzeba było jechać do Warszawy na niedzielną giełdę komputerową, gdzie handlowano towarem z przemytu, bo przecież nie było go legalnie w sklepie. Ceny były niebotyczne. Dodajmy, że to wszystko działo się w kraju, w którym telefon był dobrem nieosiągalnym, i żeby zadzwonić do kontrahentów, musieliśmy iść na pocztę i zamawiać rozmowy międzymiastowe. Horror...

Papier odbił nam się czkawką

Nasza pierwsza gra "Robbo" bardzo się podobała, dostawaliśmy setki listów z prośbami o następną wersję, tylko nie było z tego żadnych pieniędzy. W nadmiarze mieliśmy entuzjazmu i chęci do pracy, ale żadnych dochodów. Żeby wyjść z finansowego dołka, wpadliśmy na kolejny pomysł: będziemy wydawać gazetę. "Tajemnice Atari" okazały się strzałem w dziesiątkę. Ukazywały się około trzech lat w całej Polsce, początkowo w nakładzie ok. 100 tys. egzemplarzy. Gazeta pomogła nam wykreować popyt na oryginalne gry i dawała ludziom pojęcie o tym, że w Polsce też coś fajnego powstaje. Zaczęliśmy współpracować z innymi niezależnymi studiami, które tworzyły gry, i pokazywaliśmy te rzeczy.

Z powstawaniem gazety też wiąże się anegdota. Zanim trafiła do kiosków, musieliśmy zamówić papier, na którym mieliśmy ją wydawać. Potrzebowaliśmy sześciu ton. Kolega poszedł na pocztę nadać teleks - dziś już mało kto wie, co to takiego. W zamówieniu napisał "6.0 ton", ale pani przepisująca na poczcie tekst opuściła kropkę. W efekcie po kilku dniach na stacji PKP czekało na nas nie 6, a 60 ton papieru i stosowna faktura na ciężkie miliony, których naturalnie nie mieliśmy. Dziś to brzmi zabawnie, ale wtedy mogło zaważyć na istnieniu firmy.

Na szczęście jakoś udało nam się sprawę załagodzić, ale i tak ten papier odbijał nam się czkawką jeszcze bardzo długo. Staliśmy się zamiejscowym magazynem papierni, ładując co kilka dni kolejne bele na samochody.

Na własnych błędach

Uczyliśmy się biznesu, nie na szkoleniach i kursach, nawet nie z podręczników - niczego takiego nie było, ale na własnych błędach. Gdy coś wyszło, to oznaczało, że wybraliśmy dobrą metodę, jak nie wyszło, to trzeba się było otrząsnąć i spróbować inaczej. To najlepsza szkoła, żadna teoria nie zastąpi doświadczenia zdobytego na własnej skórze.

Sześć, może siedem lat temu podjęliśmy bardzo poważną i dojrzałą decyzję: rezygnujemy z gier, a koncentrujemy się na multimediach, czyli programach edukacyjnych, użytkowych i rozrywkowych, które nie są tak zwariowaną działką, choć również bardzo wymagającą. Dlaczego? Powody były dwa. Po pierwsze, z produkcją gier zaczęło się wiązać coraz większe ryzyko. Aby stworzyć grę na światowym poziomie, trzeba zainwestować bardzo dużo na bardzo długo, bo gra powstaje kilka lat i tworzy ją zespół kilkudziesięcioosobowy. Nakłady niesamowite, a ryzyko niepowodzenia, niestety, potworne. Z grami był jeszcze jeden problem: w pewnym momencie popularność zaczęły zdobywać takie, których nie miałem ochoty firmować, bo dominowała w nich przemoc. Nie jestem ortodoksem, ale zaczęło mi to przeszkadzać. Kiedy? Mniej więcej wtedy, gdy moje dzieci pojawiły się na świecie. Zadałem sobie pytanie: czy chcę tworzyć takie gry? Nie chciałem.

Na szczęście udało nam się znaleźć swoją działkę na rynku, która przynosi satysfakcję. Nie sprzedaję rzeczy, których bym się wstydził, nikt nie może mi zarzucić, że robię nimi krzywdę innym, i dobrze się z tym czuję. A skoro mogę z tego żyć godnie - niczego więcej nie potrzebuję.

Opatrzność chyba nad nami czuwa, bo udaje nam się znaleźć dobre tematy dla naszych programów. Kilka lat temu zaczęliśmy wydawać kursy tańca. Nikomu wtedy nie przyszło do głowy, że można zrobić kurs tańca na komputer. Zainteresowanie było średnie. Do czasu. Pół roku później w telewizji pojawiła się pierwsza edycja "Tańca z gwiazdami" i Polska oszalała: wszyscy chcieli tańczyć, a my mieliśmy już gotowy produkt na półkach. Podobnie było z karaoke. Pomysł od razu mi się spodobał, choć pojawiły się wątpliwości. W końcu zdecydowaliśmy: zróbmy to. Okazało się, że ludzie chcą śpiewać. Teraz wydajemy kolejne edycje programu, przy którym ludzie dobrze się bawią. Czego chcieć więcej?

Dziś wiem, że decyzja podjęta 20 lat temu była słuszna. Miałem szczęście, że to był rok 1989. Wcześniej, za komuny, nie było ani warunków, ani atmosfery dla stworzenia firmy, a kilka lat później nie byłoby to już tak łatwe. Pewnie byłbym bardziej świadom, na co się porywam, miałbym więcej obaw, może rodzinę, której musiałbym zapewnić byt i wtedy trzeba by było wybrać pomiędzy bujaniem w obłokach i marzeniami o własnej firmie a pójściem do pracy ze stałą, miesięczną pensją. Pewnie skończyłoby się etatem.

Co bym powiedział, gdyby mój syn przyszedł do mnie po maturze z podobnie szalonym pomysłem na własną firmę? Pamiętam, jak sam poinformowałem rodziców o swoich planach - to był dla nich szok. Idź na studia, kształć się, a potem sobie zakładaj - mówili i mieli całkowitą rację, ale 19-latkowi niektórych pomysłów nie da się wyperswadować. Gdybym u swojego syna widział determinację, pomógłbym mu, tak jak moi rodzice pomogli mnie. Chociaż - zależy, z czym by przyszedł...

Przez 20 lat na szczęście niemal wszystko się zmieniło

Idealnie rzecz jasna nie jest i jeszcze sporo przed nami, ale przestaliśmy być krajem z filmu "Miś". Dziś w Polsce można żyć i prowadzić firmę tak samo jak w każdym innym kraju. Można się skoncentrować na biznesie, a nie marnować czasu i energii na inne poboczne sprawy. Odwiedzają nas kontrahenci z zagranicy i naprawdę są pod wrażeniem tego, co się u nas dzieje i jak Polska się zmienia.

Patrząc z naszego firmowego podwórka, powoli wzrasta świadomość społeczna, że warto kupić produkt w wersji legalnej, bo piractwo to kradzież.

Zmieniło się też nasze podejście do biznesu. Gdy byliśmy młodsi, nieraz robiliśmy interesy, ryzykując więcej, niż rozsądek nakazywał. Na początku wystarczyło nam, że mieliśmy z tego radochę. Z wiekiem przybyło nam rozsądku, a może mamy teraz więcej do stracenia, każdy z nas musi utrzymać swoją rodzinę. A dla mnie to najważniejsze zadanie.

Ciągle zmienia się technologia, więc nie możemy zostawać w tyle. Zmiany są nieuniknione, bo świat się zmienia. To już ostatnie chwile płyty CD. Ludzie dążą do coraz większej wygody, dlatego wszystko będzie dostępne przez internet. Kluczem będzie karta kredytowa - i to bardzo niedługo.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX