Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Chciałbym się odnieść do listu (prześmiewczego)
Augustyna Michała "O wyższości sieci nad realem". Autorze. Rozumiem przesłanie tekstu, prześmiewcze wszak. Ale pozwolę sobie zwrócić uwagę na kilka kwestii, pisze Pan:
1. W sieci obowiązują inne normy, niż w "realu". Tradycyjna moralność, system prawny i to, do czego przyzwyczailiśmy się w relacjach międzyludzkich nie ma tu uzasadnienia. Myli się pan. W realu każdy także nosi "gęby". Każdy z nas mówi jedno i robi coś innego, najbardziej umoralniający politycy mają kochanki i piją na umór, porzucają
dzieci. O nich wiemy, bo są na świeczniku. Ale nie są wyjątkami. Tak zwana tradycyjna moralność jest tylko okazywanym dostosowaniem się do norm wymuszanym przez społeczną presję. To zaś, do czego przyzwyczajamy się w relacjach międzyludzkich, to również korupcja, oszustwa, nepotyzm. W czym to jest lepsze od świata Netu? I proszę się nie unosić, tylko obiektywnie przyjrzeć najbliższemu swemu otoczeniu, ludziom, z którymi ma pan styczność, z którymi pracuje. Wszyscy osiągnęli wszystko przestrzegając norm? Jest pan pewien? Świat Netu drażni, bo pokazuje, jacy jesteśmy... w realu. Tym realnym.
2. W sieci anonimowość jest powszechna i sprzyja wolności oraz demokratycznej debacie. Owszem, sprzyja. Czyż nie jest najlepszym wyznacznikiem wolności i demokracji prawo do niejawnego wyrażania swej opinii? Czyż w czasie głosowania nie stajemy za kotarą, by wyrazić swą opinię bez jakichkolwiek wpływów i nacisków, bo anonimowo? Czyż jawne "konsultacje społeczne" projektów ACTA nie dały zgoła innych efektów niż te, które wymusili anonimowi OBYWATELE naszego kraju?
Myli pan pojęcia - anonimowość jest zła, gdy otacza postępowanie WŁADZY, sprawie prawdziwej DEMOKRACJI - gdy mają się wypowiedzieć rządzeni - służy jak najbardziej, choćby nie wiem jak bardzo stan ten uwierał rządzących.
Niemoralna jest anonimowość i niejawność opinii, na podstawie których rządzący nami rządzą, choć jest zgodna z prawem. Moja anonimowość w Sieci jest moim prawem, o ile nie łamię praw innych. A jeśli łamię, nie jestem anonimowy, bo istnieją metody, by mnie "nazwać". I ja nie mam nic przeciwko temu - sprzeciwiam się odebraniu anonimowości WSZYSTKIM tak NA WSZELKI WYPADEK, bo ktoś wszak może złamać prawo.
Zapewniam, że w czasie niedawnej Arabskiej Wiosny sukcesy "powstańców" wiązały się z ich anonimowością, oprawcy Kaddafiego o niczym innym nie śnili, jak tylko o "nazwaniu" swych przeciwników, odarciu ich z anonimowości.
Współczesna demokracja już dawno stała się biurokracją tych, których nikt nie wybiera i nie kontroluje, a którzy wpływają na nasze życie. Czyż o doli i niedoli setek tysięcy ludzi na Ziemi nie zdecydowały decyzje grupy bankierów? Nikt ich nie wybierał, ale politycy - bez konsultacji ze społeczeństwem, tym anonimowym - zdjęli z nich kaganiec regulacji i kontroli.
Nikt nie pytał ludzi na Agorze, czy tego chcą. Agory już nie ma, przeniosła się do Internetu i tam odzyskuje z wolna swe pierwotne znaczenie. Bo ludzie na Agorze byli anonimowi. I znowu mogą być...
3. Anonimowość i modelowanie własnego wizerunku umożliwia zawieranie tylu przyjaźni, ilu w "realu" nie mamy szansy mieć. Nie mam wirtualnych "przyjaciół", nie mam konta na Facebooku, na NK też nie. Przyjaciół lubię odwiedzać, pisuję też do nich listy, choć te już głównie elektronicznie - jest szybciej, wygodniej i taniej. Inni, młodsi (bo mam lat 40), wolą żyć życiem swoich "Awatarów".
Źle to czy dobrze? Zapewne te same pytania dręczyły starych ramoli, gdy upowszechniał się telefon,
radio, TV, komunikacja. Nie znam odpowiedzi poza tą, że nie mam na to wpływu, bo świat idzie do przodu. Ale jak się to ma do kwestii "sieciodemokracji" i wartości prawa do anonimowej prezentacji poglądów dla demokracji? Nijak...
4. Klikając "Lubię to" bierzemy udział w najbardziej z demokratycznych procedur na świecie i sprzyjamy wolności przekonań i gustów. Nikt tu nikogo nie szantażuje i nie ma tu dominujących trendów, które mogłyby wykorzystać złowrogie korporacje. Jest to tak absolutnie cool, że każdy chce tu być i jak go brakuje, to z dużą dozą prawdopodobieństwa należy przyjąć, że nie istnieje (cokolwiek by to miało znaczyć), bądź w najlepszym wypadku nie jest cool. Nie każdy chce tam być. Ja nie chcę i pan zapewne także, Autorze. Jest nas więcej, choć chyba grozi nam bycie mniejszością (o ile już nią nie jesteśmy). Zaś klikanie "Lubię to" więcej ma wspólnego z marketingiem, niż z demokracją i nadużyciem z pana strony jest udawanie, że pan tego nie wie.
Ale czyż marketing nie jest szanowaną dziedziną akademicką? Czyż więcej miejsca w gazetach nie zajmują relacje ze spotów reklamowych wyświetlanych w czasie Super Bowl, niż z samego wydarzenia sportowego? Mnie to drażni, pan przechodzi nad tym do porządku dziennego. Klikanie na "Lubię to" to tylko inny przejaw tej samej choroby, na którą chorujemy jako cywilizacja i Internet jako narzędzie demokracji nie ma tu znowu nic do rzeczy.
5. Sieć i jej "społeczność" pełni rolę kulturotwórczą. To dzięki sieci nastąpiło upowszechnienie nie tylko kultury, ale i tfurczości (...) A czyż tradycyjni, broniący swych praw dystrybutorzy kultury sprzedają nam jedynie dzieła wartościowe, oryginalne i pozbawione zapożyczeń? Czyż każdy utwór na każdej płycie, za którą muszę zapłacić w sklepie kilkadziesiąt złotych jest świeżym powiewem ludzkiego geniuszu? Czyż nie serwuje mi się za moje pieniądze silikonowych lalek ruszających ustami w rytm generowanego komputerowo podkładu?