Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Jestem matką mężczyzny, który rozwiódł się ze swą żoną, bo go zdradzała. W tym kontekście nie ma znaczenia, że traktowała go (i nas, jego rodziców) jak śmiecia, z pogardą i co najmniej z niechęcią. Małżeństwo przetrwało zaledwie 3 lata, a syn mojego syna w momencie rozpadu tego nieudanego od początku związku miał 2,5 roku.
A zaczęło się trochę jak w bajce o Kopciuszku - biedna, nieładna dziewczyna ze wsi (choć wykształcona na UJ, bardzo cwana i wyrachowana) zaszła w ciążę z niebrzydkim, niebiednym i niegłupim chłopakiem z Warszawy (wykształconym na PW). Ale potem - choć pospiesznie - wszystko było "po Bożemu"; konkordatowy ślub, weselisko, goście, prezenty. No i od razu dwupokojowe mieszkanie w Warszawie zafundowane przez rodziców młodego małżonka, a za chwilę nowy, porządny
samochód, żeby młodzi mieli czym się poruszać.
O naszej pomocy materialnej i życzliwości na co dzień nawet nie chcę wspominać. I co dostaliśmy w zamian? Brak zwykłego "dziękuję", brak uśmiechu, ciepła, traktowanie nas w sposób chamski, gburowaty, brrr... Syn pragnął, aby Aleksander miał pełną rodzinę, więc w milczeniu wszystko znosił. Do czasu. Nie wiem, jaka byłaby jego decyzja dzisiaj, gdyby wiedział, że rozwód z nią oznacza automatycznie rozwód z własnym dzieckiem. Ku naszemu zdumieniu, ona, niewierna żona, przypuściła niesamowity atak na niego i na nas, twierdząc, że z nim "by sobie poradziła", ale to my wręcz zmuszamy go do rozwodu. Nie muszę dodawać, że zarówno decyzja o ślubie, jak i o rozwodzie była samodzielną decyzją syna.
Po rozwodzie (bez orzekania o winie) rozpoczęła się gehenna - walka o dziecko. Wiadomo, że w przypadku tak małego dziecka opiekę nad nim przyznaje się matce. Na wstępie, my - ja i mój mąż - zostaliśmy brutalnie wyrzuceni z życia dziecka, bo ktoś musiał ponieść karę za jej winy. Synowi utrudniała kontakty jak mogła, a kolejne rozprawy w sądzie były dla nas i dla syna traumą nie do opisania. Takiego upokorzenia i traktowania jakbyśmy byli najgorszymi przestępcami, nie przeżyliśmy nigdy. My, dziadkowie, wycofaliśmy nasz pozew o kontakty z wnukiem, w obawie, żeby nie zrobiła mu krzywdy.
Poza tym mieliśmy dość chamstwa sędziego (w tym przypadku kobiety), byłej żony Michała i jej pani adwokat. Wszyscy i wszystko było przeciwko nam. "Wybranka" mojego syna pokazała co potrafi, udowodniła, że nie chodziło jej o miłość, ale o Warszawę, mieszkanie (będące naszą własnością!), a ciąża była zaplanowana, żeby doprowadzić Michała do ołtarza. Swój plan zrealizowała niemal w 100 proc., ale nie spodziewała się, że syn wystąpi z pozwem o rozwód. Miał siedzieć cicho i tolerować, co ona wyprawia, bo przecież jest dziecko. Biedne dziecko, które miało być tarczą ochronną, orężem, alibi, przedmiotem przetargu i szantażu ze strony "wspaniałej" matki. I było...
Syn do tej pory nie zna adresu zamieszkania dziecka, spotyka się z nim w kinie, centrach handlowych, a w każdym spotkaniu uczestniczy ona - podobno dla dobra dziecka, które czuje się przy niej bezpieczniej. Ona odwołuje spotkania, kiedy chce, syn nie spędza z dzieckiem ani pół dnia świąt, ani pół dnia wakacji. Dodam, że zarówno psychologowie, jak i RODK, wydali synowi bardzo dobrą opinię i ocenili pozytywnie jego kontakty z Alkiem.
Ale "była" zażarcie walczyła, żeby praktycznie pozbawić go praw rodzicielskich i uniemożliwić nawiązanie więzi emocjonalnej z dzieckiem (gdzie - w centrum handlowym?). Sąd nie pozwolił na samodzielne (bez jej obecności) kontakty syna z dzieckiem, pomimo braku jakichkolwiek przesłanek ku temu. Nic dodać nic ująć. Ile można walczyć? Po niemal 5 latach syn odpuścił. Stracił masę zdrowia, nerwów, nie mówiąc o honorze i godności, upokorzeniu.
Najszlachetniejszy ojciec nie ma w polskim sądzie żadnych szans w konfrontacji z najpodlejszą matką . Po rozwodzie rodziców nie mówmy o ich prawach, po prostu dziecko staje się własnością matki.