http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Miraże bogactwa, czyli gdzie się podziały dwa miliony milionerów

Witold Orłowski
2008-11-13, ostatnia aktualizacja 2008-11-13 12:10

Rok temu dwa miliony Polaków zadeklarowało ankieterom, że czują się milionerami. Euforyczne wyceny majątków wzięły się zarówno z ówczesnej hossy na warszawskiej giełdzie (indeksy biły jesienią 2007 rekordy wysokości), jak z dokonywanych na papierze wyliczeń rynkowej wartości mieszkań i domów. Dziś, gdy ceny akcji o połowę spadły, a właściciele mieszkań i domów przypomnieli sobie o konieczności spłaty kredytów hipotecznych, nastroje euforii zamieniają się w rozczarowanie i pesymizm.


Rys. Jacek Gawłowski
Realna gospodarka ma w Polsce całkiem solidne fundamenty i powinna pomóc nam przetrwać globalny kryzys. To oczywiście może stanowić jakieś pocieszenie, zwłaszcza że nie jesteśmy narodem rentierów i większość z nas planuje przyszłość, polegając raczej na dochodach z własnej pracy lub prowadzenia firmy, a nie z majątku zainwestowanego w aktywa finansowe. Utrzymanie się w Polsce znośnego tempa wzrostu PKB, a potem jego stopniowe zwiększanie się, gdy globalne kłopoty przeminą, to także nadzieja na to, że na warszawską giełdę powrócą kiedyś czasy stabilnych wzrostów cen akcji. Dzięki temu jest szansa, że ten, kto nie sprzeda swoich akcji lub jednostek funduszy inwestycyjnych wtedy, gdy ich cena osiąga dno, z czasem zainwestowane pieniądze może odzyskać (choć ze względu na skalę obecnego załamania może to, niestety, potrwać wiele lat).

Nie zmienia to jednak faktu, że - podobnie jak reszta świata - cierpimy dziś z powodu pęknięcia spekulacyjnego bąbla. Jeszcze rok temu dwa miliony Polaków zadeklarowało ankieterom, że czują się milionerami. Euforyczne wyceny majątków wzięły się zarówno z ówczesnej hossy na warszawskiej giełdzie (indeksy biły jesienią 2007 rekordy wysokości), jak z dokonywanych na papierze wyliczeń rynkowej wartości mieszkań i domów. Dziś, gdy ceny akcji o połowę spadły, a właściciele mieszkań i domów przypomnieli sobie o konieczności spłaty kredytów hipotecznych, nastroje euforii zamieniają się w rozczarowanie i pesymizm.

Pomiędzy rokiem 2003 a lipcem 2007 indeks WIG zwiększył się czterokrotnie, przy wzroście nominalnego PKB Polski o blisko 40 proc.. Rozpoczęła się też błyskawiczna kariera funduszy inwestycyjnych. Upraszczały one inwestowanie nawet stosunkowo drobnych oszczędności na szybko rosnącej giełdzie i kusiły pokazywaniem swych wielkich zysków (wraz z kłamliwą sugestią, że jest to gwarancja dla zysków na przyszłość). Nałożył się na to niski poziom edukacji ekonomicznej społeczeństwa - większość osób kupujących jednostki funduszy nie wiedziała, jak ryzykownie inwestuje swoje oszczędności. Z zapałem wykorzystywano więc tę niewiedzę w agresywnej kampanii reklamowej funduszy.

A tymczasem na giełdach całego świata narastał spekulacyjny bąbel. Rosły indeksy na Wall Street, a amerykański kapitał napływał również do Polski, powodując wzrost obrotów i cen na warszawskim parkiecie. Rosnące ceny polskich akcji zwiększały dochody polskich funduszy inwestycyjnych, napędzając im coraz więcej klientów. Łączna wartość aktywów funduszy, która na początku roku 2003 wynosiła w Polsce około 25 mld zł (co stanowiło 5 proc. oszczędności Polaków), do lata roku 2007 wzrosła sześciokrotnie, przekraczając 150 mld (około 20 proc. oszczędności). A to jeszcze bardziej podgrzewało atmosferę na giełdzie, tworząc zaklęty krąg i powodując wzrosty cen akcji jeszcze większe niż w Nowym Jorku.

I działo się to aż do momentu, gdy wybuchł kryzys, a amerykański kapitał zaczął odpływać ze wszystkich rynków giełdowych - w tym także z Warszawy. Od jesieni 2007 przeżywaliśmy więc zjawisko odwrotne od tego, które miało miejsce w ciągu lat poprzednich. Zaklęty krąg zmienił się w krąg przeklęty: wyprzedaż akcji przez zagranicznych inwestorów powodowała spadki indeksów w Warszawie, to przekładało się na straty polskich funduszy inwestycyjnych, wycofywanie z nich pieniędzy przez rozgoryczonych Polaków i dalszy spadek popytu na akcje. A swoje apogeum proces ten osiągnął jesienią 2008, kiedy kryzys sektora bankowego w USA spowodował masowe wycofanie pieniędzy amerykańskich z giełd całego świata.

Jakie lekcje mogą więc wyciągnąć Polacy ze swego wielkiego giełdowego rozczarowania? Taki, że giełda to z jednej strony normalny, pożyteczny rynek, na którym firmy mogą zdobyć niezbędny kapitał, a posiadacze oszczędności mogą je ulokować korzystniej, niż trzymając je na bankowych lokatach (oczywiście długookresowo, bo na krótka metę można się bardzo poparzyć). Ale z drugiej strony giełda to miejsce, gdzie emocje rządzą silniej od logiki. Gdzie ceny mogą zmieniać się wcale nie z tego powodu, że zmienia się rzeczywista wartość firm, ale z powodu niekontrolowanego parcia na zakup lub sprzedaż akcji. Gdzie kupując akcje na szczycie hossy ("bo wszyscy kupują"), możemy zapłacić za nie o wiele za drogo i stracić wiele pieniędzy.

W powszechnej opinii warszawską giełdę udało się dobrze zorganizować, wprowadzić dobre regulacje rządzące obrotem akcji, spowodować, że stała się atrakcyjnym źródłem pozyskania kapitału przez firmy i jednym z najważniejszych rynków w regionie. W ciągu 17 lat jej istnienia liczba spółek wzrosła z 5 do 366, a przeciętna roczna stopa zwrotu z inwestycji między rokiem 1991 a końcem października 2008 wyniosła 16 proc. - choć dziś trudno nam w to uwierzyć! Ale jednocześnie nie udało się jej zabezpieczyć przed dwoma niebezpiecznymi zjawiskami. Po pierwsze, przed irracjonalnością ludzkich zachowań. I po drugie, przed tym, że o kształtowaniu się popytu i podaży w przeważającym stopniu decydują zachowania inwestorów zagranicznych.

W efekcie nie udało się ustrzec warszawskiego parkietu przed gwałtownymi hossami i bessami, histerycznymi nadziejami i gorzkimi rozczarowaniami. I choć teoretycznie siła giełdy powinna być odbiciem perspektyw polskiej gospodarki, wydarzenia ostatniego roku udowodniły, że nie zawsze tak jest. O spadkach w Warszawie nie decydowały wcale dane napływające z polskiej gospodarki, ale z Wall Street. Rzesze polskich inwestorów zachowują się z całą możliwą irracjonalnością, pozbywając się akcji wtedy, gdy ich cena jest najniższa. Stosunkowo niewielka - z globalnego punktu widzenia - skala rynku powoduje, że nawet niewielkie ruchy zagranicznego kapitału powodują silne wahania cen akcji.

Giełda spadła, pieniądze uciekły, fundusze poniosły ogromne straty, znaczna część polskich milionerów gdzieś zniknęła, pozostało rozgoryczenie i zawiedziona nadzieja na papierowy cud. I tak będzie jeszcze długo, dopóki na warszawski parkiet nie powróci trwały wzrost.



Źródło: Gazeta Pieniądze
  • 25 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':