Podzielam troskę prof. Dariusza Filara ("Gazeta" z 4 marca) o przyszłość naszej gospodarki oraz jego opinię o roli, jaką w tym względzie odgrywa perspektywa przystąpienie do
strefy euro. Podzielam również jego zniecierpliwienie tym, że "w Polsce toczy się w sprawie euro batalia polityczna, która z ekonomicznego punktu widzenia jest najzupełniej jałowa ( )". Zgadzając się ogólnie z przedstawioną diagnozą, mam jednak trochę inny pogląd na sposób wyjścia z impasu. Mój pogląd jest bardziej rozwinięciem propozycji Dariusz Filara niż jej alternatywą, a jego istota sprowadza się do tego, że kluczowe znaczenie ma jak najszybsze przeprowadzenie koniecznych zmian w konstytucji i ustawach oraz opracowanie nowego, realistycznego harmonogramu przystępowania do strefy euro, uwzględniającego kalendarz wyborów prezydenckich i parlamentarnych, a także koniec kadencji RPP.
Niezależnie od jałowości batalii politycznej w przypadku decyzji o takim kalibrze, jakim jest przystąpienie do strefy euro, nie możemy, niestety, opierać się tylko na argumentach stricte ekonomicznych, czyli dotyczących korzyści i kosztów. W analizie musimy uwzględniać też wymiar ekonomii politycznej, której istotę prof. Dan Usher zdefiniował lapidarnie jako tę gałąź ekonomii, która bada ekonomiczne skutki decyzji politycznych oraz polityczne skutki decyzji ekonomicznych. Jednym z najważniejszych kierunków badań tego nurtu współczesnej ekonomii jest koncepcja politycznego cyklu koniunkturalnego, która analizuje próby wykorzystywania przez polityków ingerencji w gospodarkę dla osiągnięcia sukcesu wyborczego. Przyjęcie tej perspektywy badawczej jest niezbędne do zrozumienia perspektyw przystąpienia Polski do strefy euro. Wynika to stąd, że podobnie jak to było przy akcesji do UE, ściśle ekonomiczna analiza kosztów i korzyści z członkostwa, choć zdecydowanie najważniejsza, interesuje polityków o tyle, o ile przekłada się na ich interesy polityczne, a tu siłą rzeczy zdecydowanie dominuje perspektywa krótkookresowa.
W ostatnich tygodniach bardzo aktywni są niedawno powołani doradcy ekonomiczni prezydenta. Niestety, doradcy ci nie tylko wypowiadają się bardziej jak politycy i stronią od pogłębionej analizy korzyści i kosztów członkostwa, ale też - co jest pewnym paradoksem - całkowicie uchylają się od rzetelnej analizy w duchu ekonomii politycznej, pomijając uwarunkowania kalendarza wyborczego.
Prof. Ryszard Bugaj angażuje się na przykład w budowanie kompromisu między koalicją rządową pod patronatem prezydenta, który miałby polegać na przesunięciu terminu wejścia do strefy euro w zamian za "usunięcie przeszkody konstytucyjnej bez referendum". Wierzy w możliwość zaakceptowania przez klasę polityczną porozumienia w tej sprawie, ale jednocześnie za najwcześniejszą datę przystąpienia uznaje rok 2015. Drugi z doradców, prof. Adam Glapiński, opowiada się za rokiem 2020, próbując to uzasadnić argumentami ekonomicznymi, które są mocno niekonwencjonalne nawet w okresie kryzysu ("Gazeta" z 5 marca).
Zastanówmy się więc, co odsunięcie w czasie przystąpienia do strefy euro oznacza z punktu widzenia ekonomii politycznej. Przede wszystkim oznacza to, że jakikolwiek kompromis czy porozumienie polityczne trudno będzie uznać za wiążące, jeśli będzie ono wykraczało poza obecne kadencje prezydenta i parlamentu oraz RPP. Co istotne, nawet jeśli pominąć wątpliwości dotyczące bezstronności opinii, to i tak prezydent nie mógłby być gwarantem ciągłości porozumienia między głównymi partiami, bo jego kadencja kończy się wcześniej niż parlamentu. Jeśli porozumienie nie będzie wiążące, to zostanie ono potraktowane przez rynki jako luźna deklaracja, która nie przełoży się na korzyści dla gospodarki (np. w postaci niższej premii za ryzyko inwestycyjne). Trudno bowiem o pewność, że bez mechanizmu uwiarygodniającego kompromis następny prezydent i parlament zechcą honorować ustalenia poprzedników.
Ograniczenia ekonomii politycznej odnoszą się również do scenariusza szybkiego przystąpienia do strefy euro, coraz mniej zresztą realistycznego. Przypuśćmy, że w najbliższym czasie nieoczekiwanie udałoby się osiągnąć wiążące porozumienie w sprawie zmian w konstytucji, które przekonuje również odpowiednie instytucje unijne. Ponieważ spełniony został w ten sposób warunek ustalony przez RPP na wcześniejszym spotkaniu z premierem, wyraża ona zgodę na wejście do ERM II. Może się jednak okazać, że staje się to niemożliwe przed upływem obecnej kadencji RPP, a większość nowo wybranych członków nie popiera decyzji swoich poprzedników i podejmuje w głosowaniu stosowną uchwałę. Płynie stąd wniosek, że aby jakiekolwiek porozumienia czy decyzje w sprawie euro miały dla rynków charakter wiarygodnego zobowiązania, to należy albo działać bardzo szybko (w ramach obecnych kadencji), albo odłożyć całą sprawę do następnych wyborów. W tym drugim przypadku należałoby już teraz włożyć wiele wysiłku w rozwinięcie rzetelnej dyskusji publicznej i doprowadzenie do tego, aby kwestia euro stała się kluczową kwestią kampanii wyborczej i tym samym zmusić polityków do wyjścia poza sądy mające niewiele wspólnego ze współczesną wiedzą ekonomiczną. Dzięki temu niepotrzebne stałoby się też referendum, które w tej kwestii jest tak czy inaczej rozwiązaniem wyraźnie ułomnym.
Gdyby konieczne stało się przesunięcie terminu przyjęcia euro, to według mnie nie oznacza to, że jest jakiekolwiek ekonomiczne uzasadnienie dla odsuwania w czasie decyzji o zmianach w konstytucji. Opóźnianie tych zmian wynika wyłącznie z pobudek politycznych i z braku szczerości w przedstawieniu prawdziwych motywów.
Rozumiem narastające wątpliwości ekonomistów wynikające z dużej zmienności kursu złotego w ostatnich miesiącach oraz niepokój o spełnienie kryterium fiskalnego. Znacznie trudniej jest mi zrozumieć natomiast te opinie, w myśl których przystąpienie do strefy euro i walka z kryzysem to dwie różne sprawy, a jeśli powiązane, to w tym sensie, że najpierw trzeba wyjść z kryzysu. I w tym kontekście wracam do głównej myśli, czyli do uzupełnienia propozycji prof. Dariusza Filara.
Otóż przychyla się on do stanowiska, że wahania złotego są obecnie zbyt duże, by uzasadniać szybkie wejście do ERM II, a jednocześnie podkreśla, jak ważne jest dla zewnętrznego postrzegania polskiej gospodarki podtrzymywanie deklaracji o dążeniu do członkostwa w
strefie euro. Sądzę jednak, że jego propozycja w zbyt małym stopniu uwzględnia wzajemne powiązania między kryzysem a wchodzeniem do strefy euro. Osiągnięcie szybkiego porozumienia w sprawie zmiany konstytucji powinno pomóc zmienić trend deprecjacyjny na aprecjacyjny oraz zmniejszyć zmienność złotego. W okresie wysokiej niepewności byłby to pozbawiony ryzyka naturalny eksperyment przybliżający zrozumienie skali zagrożeń czekających nas w trakcie pobytu w ERM II.
Spójrzmy szerzej na tę podstawową zależność przez pryzmat ekonomii politycznej. Jeśli wysuwa się argument, że obecna zmienność kursu jest przeszkodą w przystępowaniu do ERM II, to jednocześnie jest to silny argument za dokonaniem szybkiej zmiany w konstytucji. Jeśli tak, to uderza to zarówno w stanowisko koalicji, jak i opozycji oraz prezydenta.
Uderza w stanowisko koalicji, bo dopuszczanie przez rząd wariantu wejścia do ERM II bez zmiany konstytucji (co wymagałoby przecież przekonanie RPP do zmiany opinii) rodziłoby podejrzenie, że albo wbrew retoryce determinacja rządu nie jest wcale duża, albo że nie do końca przemyślano cały proces. Akcentowanie konieczności zmiany w konstytucji byłoby bardziej przekonującym wyrazem determinacji niż upieranie się przy dacie 2012, a także znacznie lepiej zrozumiałym sygnałem dla partnerów unijnych.
W przypadku opozycji chodzi natomiast o dwojakiego rodzaju niespójność logiczną. Po pierwsze, jeśli - jak twierdzą politycy PiS - przeszkodą w wejściu do strefy euro są argumenty ekonomiczne w postaci kryzysu i wahań kursu, to niezrozumiałe jest, dlaczego są przeciwni zmianom w konstytucji, które mogłyby przynajmniej częściowo ograniczyć te niekorzystne zjawiska. Po drugie, jeśli przeszkodą jest niestabilność na
rynku walutowym, to nie można jednocześnie twierdzić, że walka z kryzysem i przystąpienie do strefy euro to niezależne od siebie kwestie.
Propozycja prof. Dariusza Filara jest kierunkowo słuszna, ale wymagałaby "operacjonalizacji". Czekanie na to, że "zmienności walut powrócą do stanu normalności", może teoretycznie oznaczać nawet okres dłuższy niż ten, w którym dojdzie do sugerowanego przez PiS uprzedniego wyrównania się poziomu płac realnych w Polsce i w strefie euro. "Operacjonalizacja" taka jest jednak trudna, bo nie wiemy, czy po kryzysie skala normalnych wahań będzie podobna jak przed kryzysem. Poza tym sądzę, że prof. Filar zakłada zbyt optymistycznie, że sprzeciw PiS wynika wyłącznie (czy choćby głównie) z nadmiernych wahań złotego. Chodzi więc raczej o to, by określić nowy, realistyczny, ale i precyzyjny kalendarz dochodzenia do strefy euro uwzględniający uwarunkowania cyklu wyborczego. Taki sensowny z punktu widzenia ekonomii politycznej kompromis mógłby oznaczać jak najszybsze dostosowanie porządku prawnego (powiedzmy - do przerwy wakacyjnej w pracach parlamentu) w zamian za przesunięcie wejścia do ERM II do czasu wyborów prezydenckich i rozpoczęcie nareszcie publicznej, ale i naukowej, pogłębionej dyskusji na temat kosztów i korzyści członkostwa. Bardzo potrzebne są głosy politologów, prawników i ekonomistów pomagające zaprojektować mechanizm wiążącego zobowiązania, na którym mogłoby się opierać ponadpartyjne porozumienie w sprawie przyjęcia euro czy choćby "tylko" w sprawie zmian w konstytucji.
tekst wyraża prywatne poglądy autora