To jakby białe światło, do którego przez tunel pędzą umarli. Ale naprawdę jest odwrotnie - to światło z dziką prędkością wali na ciebie. A konkretnie biała, kłębiąca się i gorąca jak piekło chmura bez ognia. Nadlatuje chodnikiem znienacka, bez ostrzeżeń i żadnego dźwięku, bo jest od niego kilka razy szybsza, a jeśli coś ją zwiastuje, to tylko "goł", nieokreślone przeczucie zagrożenia, wewnętrzny głos, który budzi przerażenie i podrywa do ucieczki. Na którą nie ma czasu.
Może po prostu śmierć tak nadchodzi? Jak straszliwa, nieokiełznana moc, rozżarzony obłok, który wielotonowe, grube na palec płyty ze stali zgniata jak kartki papieru, zwija szyny jak druty, a człowieka, chociaż ogarnia zaledwie na maleńki ułamek sekundy, miażdży z nieludzką siłą, rozsmarowuje jak zielonego smarka butem na chodniku.
Ouverture, otwarcie Maria Tochno lamentuje.
- Ja męża szukałam między dziesiątkami trupów, a wszystkie w takim strasznym stanie, w takim wyglądzie, a jednak go rozpoznałam, chociaż był nie do rozpoznania. Boże mój! Jaki był zmieniony. Strasznie. Cały spalony. Chodziłam z pracownikiem kostnicy, a tam wszystkie twarze... Boże mój! Bez oczu, uszu, nosów. Spalone i czarne od ognia i węgla. Co tam się działo w tej kostnicy. Kobiety wyły, wrzeszczały, przewracały się. A ja nie mogłam płakać. Wzięłam rękę w zęby i tak chodziłam i zaglądałam im w twarze. Tam była taka straszna, zbiorowa histeria tych kobiet. Służba psychologiczna dawała coś do picia. Że kobiety traciły przytomność, usypiały. Otępiali jakimś narkotykiem. A mnie w kopalni 12 godzin przygotowywali. Mówili, że go nie ma, że szukają i że jest nadzieja. I po 12 godzinach kazali jechać do kostnicy w Szpitalu Kalinina. Co tam się działo. Straszne miejsce. Dzień sądu ostatecznego, bramy piekieł, krzyk na cały Donieck. Najpierw pokazywali w komputerze. Skąd ja wzięłam w sobie siły? Straciłam przytomność, ale najpierw go rozpoznałam w komputerze. Wyglądał strasznie. Oczy wypadły i wisiały. O tak, z boku głowy, na jakichś strzępach, ale po krzyżyku poznałam. Prawosławnym. Drewniany, a jednak się nie spalił.
- Na łańcuszku?
- Nie. Na sznurku! Czerwonym, tylko się czarny zrobił od węgla. Też się nie spalił! To cud! Bo ubranie było spalone. Wszyscy z kostnicy przychodzili i patrzyli, jak to możliwe, że się nie spalił. Tam na stu ludzi tylko trzech było z krzyżykami. Ja od razu mówiłam przy tym komputerze. Mój mąż powinien być z krzyżykiem. Pokazujcie mi tylko tych, a oni, że chyba zgłupiałam, bo oni całkiem spaleni... Ale poszukali i trzeci to był mój Roma. To było w Szpitalu Kalinina, naszym centralnym, donieckim. Obok kostnicy jest wielki plac i oni wszyscy tam leżeli. I ja chodziłam między rzędami tych worków i szukałam mojego numeru. Poznałam od razu. A jak go przywieźli do domu w trumnie przed pogrzebem, to mama, że to nie Roma. No jak nie!? Zobacz krzyżyk. A zginął pod samą cerkwią, gdzie się pobieraliśmy i gdzie leży tych dziewięciu nieodnalezionych. Pod cerkwią było epicentrum wybuchu.
Maria płacze na sucho, bez łez.
Largo non molto, niezbyt uroczyście Witalij Osuchowski urodził się na górniczym osiedlu obok kopalni, gdzie pracowali jego matka i ojciec. Też został górnikiem.
- I grałem w kopalnianej orkiestrze na waltorni - opowiada. - Występy na Dzień Górnika, Dzień Zwycięstwa i Święto Pracy, ale najwięcej latało się po pogrzebach. Kolegom graliśmy.
Kuuurewska robota. A po 18 listopada to już instrumentu z rąk nie wypuszczałem. "Róże Donbasu", "Górnicze żony", "Śpią kurhany ciemne". Wszystkie te smutne, kurewskie symfonie, pogrzebowe standardy, c-mole. W jeden tydzień 92 kolegów pochowałem na cmentarzu koło naszej kopalni, a parę dni później o mało sam tam nie trafiłem.
Znowu płacze. Pokazuje niepłacone od roku rachunki za gaz i ogrzewanie.
Grave non molto, niezbyt poważnie W końcu 2007 roku podróżowałem przez Rosję śladem książki "Reportaż z XXI wieku". Została napisana w 1957 roku i opowiada, jak będzie wyglądał Związek Radziecki za pół wieku. Kupiłem w Moskwie ruskiego łazika i samotnie ruszyłem do Władywostoku.
Nie dojechałem do Uralu, kiedy Rosję obiegła wiadomość, że na wschodzie Ukrainy, w donieckiej kopalni imienia Aleksandra Zasadźki, wybuchł gaz. Zginęło 101 górników. To największa katastrofa górnicza w Europie od stu lat, największa w historii całego byłego Kraju Rad.
Każdego roku w tej kopalni dochodzi do potężnych wybuchów metanu. W 1999 eksplozja zabiła 55 górników, dwa lata później ofiar było tyle samo, a o wybuchach, w których ginie mniej niż kilkanaście osób, lokalna telewizja nawet nie wspomina.
Ukraina odziedziczyła po Związku Radzieckim powiedzenie, że wydobycie miliona ton węgla kosztuje jedno życie. W 2007 roku jednak przy wydobyciu 75 milionów ton zginęło na Ukrainie 268 górników, więc współczynnik ten wyniósł ponad trzy i pół człowieka na milion ton węgla. (W Polsce 0,1, w
USA - 0,02). 6950 osób odniosło rany. Najgorsza jest Zasadźka, zwana "bandycką" albo "kurewską kopalnią".
Allegro non molto, niezbyt wesoło Anatolij Szembierko opowiada.