- U nas, w Rosji, mówią, że AIDS to wyrok śmierci - Masza podnosi brwi, jakby się dziwiła. - Mnie uratował życie. I dziecko nawet mam dzięki niemu, i męża. Do dzisiaj nie mogę się nadziwić, że chciał taką narkomankę z HIV-em.
- Zwyczajnie się zakochał - udaję znawcę. - Naprawdę dziwne jest to, że nie używacie prezerwatyw. Dla niego to nie-wia-ry-go-dne ryzyko, a one je zmniejszają o 90 procent.
- On się upiera, żeby bez. Sama nawet nie wiem dlaczego.
- Bo faceci nie cierpią kondomów - ale żeby aż tak?
- Dlaczego nie cierpią? - pyta 25-letnia Maszeńka.
- Bo to takie paskudztwo jak kawa bez kofeiny albo piwo bez alkoholu. Niby pijesz, a nie szarpie.
Dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści parę lat. Żydówka, Tatar i Rosjanin. Narkomanka, gej, alkoholik. Pochodzenie robotnicze, chłopskie i inteligenckie. Wyznanie prawosławne, muzułmanin i ateista. Prawnik, fryzjer, artysta. Zęby sztuczne, czarne i złote.
Wszystko ich różni. Ale łączy to, że cała trójka mieszka w Ufie, w Republice Baszkirii, na wschodnim krańcu Europy.
I jeszcze pewien wirus, który pożera limfocyty CD4. Jest bardzo słaby, więc poza organizmem ginie bardzo szybko. Nie przetrwa nawet dobrze ciepłej kąpieli, ale Masza, Siergiej i Rinat jakoś go złapali.
Życie po raz pierwszy
Matka Maszy była nauczycielką geografii, ojciec - autorem i wykonawcą pieśni. Z geografką więc jeździła w góry, z bardem - na festiwale. Zawsze oddzielnie, bo się rozwiedli. Była najlepszą uczennicą w szkole.
W życiu bym nie uwierzył, że rodzice Rinata byli kołchoźnikami. Bardzo przystojny. Gęba ciemna, wysoki, szczupły i wiotki. Męski nawet, powiedzieć można, gdyby nie te ruchy. Zarzuci rękę na biodro albo tak jakoś podeprze podbródek. Piękna, długa dłoń, pazur i sześć pierścieni. I z sześć złotych zębów na froncie.
Rodzice Siergieja byli robotnikami. Kiedy był w piątej klasie, kupili mu gitarę.
- Robotnicy w Związku Radzieckim rozumieli potrzeby swoich dzieci - mówi zupełnie poważnie. - Chcieli, żebym został artystą, a szkoła pomagała w tych sprawach przodującej klasie społecznej. Dostałem się do konserwatorium. Miałem piękną karierę przed sobą. Ale wieczorami z kolegami słuchaliśmy zachodniej muzyki rockowej. Połowa tych wykonawców brała narkotyki, a my ich kochaliśmy i też chcieliśmy, tak jak Morrison, jak Hendrix. Byliśmy pewni, że władza oszukuje nas z narkotykami. Że skąpią ich nam jak dżinsów, coca-coli i tej muzyki.
Zaczęli więc palić anaszę. W Rosji tak nazywają marihuanę.
- Bo narkotyki dają szczęście - mówi Siergiej. - A właśnie tego najbardziej nie chcieli nam dać.
W drugiej połowie lat 80. Związek Radziecki chylił się ku upadkowi. Wszystko było reglamentowane, nawet wódka. A szczęście najbardziej.
Śmierć po raz pierwszy
Przez Ufę przejeżdżam, wędrując samotnie ruskim samochodem z Moskwy do Władywostoku na Dalekim Wschodzie. To podróż śladami napisanej w 1957 roku książki "Reportaż z XXI wieku", która opowiadała, jak będzie wyglądał Związek Radziecki za 50 lat, czyli w 2007 roku. W rozdziale zatytułowanym "W walce o życie i dobrobyt" radziecki profesor tłumaczy autorom, że w XXI wieku radykalnie zostaną zwyciężone wszystkie choroby włącznie z rakiem, chorobami psychicznymi i naczyniowo-sercowymi, tak jak właśnie całkowicie została zlikwidowana gruźlica.
Mamy XXI wiek i szpitale gruźlicze w Rosji pękają w szwach, a w Irkucku, żeby wejść na basen, trzeba mieć zaświadczenie z badań na tę chorobę albo między szatnią a prysznicami przejść przez gabinet lekarza, który decyduje, kto może wejść do wody.