Tylko ten z furgonetki, który widział, jak mój samochód koziołkuje po drodze. Wpadłem w poślizg, kiedy na stromym zjeździe zacząłem go wyprzedzać.
Stoję na kołach w głębokim śniegu kilkanaście metrów od drogi. Po kilku minutach gramolę się przez tylną klapę z mojego łazika.
- Żyjesz!? - krzyczy z daleka.
- Żyję!
- To się trzymaj!
- Ty! - wrzeszczę przerażony. - Poczekaj! Pomóż mi się wygrzebać!
- Zaraz! Tylko wyłączę samochód - mówi, wskakuje do szoferki i odjeżdża.
To dlaczego się zatrzymał? Żeby sprawdzić, czy żyję? Po co? Gdybym nie żył, nie potrzebowałbym jego pomocy.
Tkwię w śniegu do pasa. Wydobywam łopatę i odgarniam go na tyle, żeby otworzyć drzwi. Ubieram się, wyłączam światła i śniegiem tamuję krew. Mam tylko rozciętą wargę, a broczę, jakbym wszedł na minę. To prawdopodobnie wielki klocek drewna, który wiozę w kabinie, bo po dachowaniu leżał mi na kolanach.
Odgrzebuję samochód i przekopuję przejazd do drogi. Nie mogę zamknąć drzwi od strony kierowcy, więc młotem prostuję nieco dach, który wgiął się do środka. Pracuję w ciemności półtorej godziny. Co chwila wpadam w światła przejeżdżających samochodów, ale nikt się nie zatrzymuje. Jeszcze przed wyjazdem z Moskwy znajomi Rosjanie uprzedzali mnie, że w nocy, choćbym sypał po drodze brylantami, nikt nie stanie. Ze strachu przed rekietem, mówili, czyli zbójectwem drogowym.
Autorzy napisanej w 1957 roku książki "Reportaż z XXI wieku", której śladami wędruję samochodem przez całą Rosję, opowiadali, jak będzie wyglądał Związek Radziecki za 50 lat.
Pisali, że szosa XXI wieku zapewni absolutne bezpieczeństwo ruchu. Nigdy nie będzie śliska, sama uprzątnie śnieg i sama się osuszy. Słowa nie było o białym asfalcie, ubitym śniegu, twardym i śliskim jak lód, który zimą jest największa zmorą rosyjskich kierowców, szczególnie na Syberii. To na nim wywinąłem koziołka pod Kańskiem.
Droga w XXI wieku miała sama kierować pojazdem, a nawet zasilać go energią, bo mieliśmy jeździć wyłącznie samochodami elektrycznymi z tworzyw sztucznych, a nie ogromnym żelazem firmy UAZ pożerającym w tych warunkach ponad 18 litrów paliwa na sto kilometrów. Pod nawierzchnią szos miały być założone kable, którymi miał płynąć prąd wysokiej częstotliwości. Energię pola elektromagnetycznego powstającą wokół kabla miały wyłapywać anteny w podwoziach XXI-wiecznych samochodów i zamieniać ją na prąd poruszający silnikami aut.
Z 13 tysięcy kilometrów, które przejechałem z Moskwy do Władywostoku - trzy w ogóle nie miały nawierzchni. A w strach przed złymi ludźmi na drodze nie wierzę. To objaw zupełnie innej, społecznej choroby, która dopadła Rosjan. Obojętność. Straszna, zimna obojętność w ostrej formie przechodząca w głęboką, irracjonalną i spontaniczną pogardę.
Każdego wieczoru mojej samotnej podróży prowadzę dziennik pokładowy.
25 listopada 2007 roku. Niedziela
Na drodze między Czelabińskiem a Kurganem.
Po drodze z Ufy - Ural, granica Azji i radykalna, jak nożem uciął, zmiana pogody. Temperatura spada o kilkanaście stopni. Stan licznika: rano - 31 648, wieczorem - 32 337. Przejechałem 689 kilometrów, średnia dzienna prędkość 49 km/godz.
Nastawiłem budzenie na siódmą, ale nie zmieniłem czasu na lokalny, więc faktycznie budzę się o dziewiątej. Straszna strata czasu. Jakie to upokarzające. W Rosji nie wypuszczą z hotelu, zanim nie obejrzą pokoju, w którym spałeś. Stoisz jak głupi w recepcji, a oni sprawdzają, czy nie ukradłeś umywalki.
Jadę od 10.30 do 0.30 następnego dnia. Po drodze szybki obiad i 40 minut na pogaduchy i zdjęcia u wrót Azji. W środku nocy łapię gumę. Pierwszy raz. Opona do wyrzucenia. Musiałem długo jechać na kapciu, ale droga taka potwornie syficzna, że nic nie czułem. Trzeba kupić dwie nowe opony i jak już będę w mieście, zrobić łożysko sprzęgła, bo mnie to nie minie, a wyje już jak diabli i boję się, że stanę w polu.
Źródło: Duży Format