I miało być tylko pięć milionów mieszkańców. I nikt nie jest głodny, nikt nie choruje na gruźlicę, nowotwory, nie jest nawet zmęczony, a więc prawie nie musi spać. Miało nie być samochodów, śniegu na ulicach i cuchnących zsypów na śmieci w mieszkaniach.
W marcu 1957 roku, być może dziewiątego o godzinie 13, w sobotę, bo w soboty miały miejsce cotygodniowe zebrania działu nauki "Komsomolskiej Prawdy" z redaktorem naczelnym gazety, dwóch reporterów dostało od niego niezwykłe polecenie. (Tego dnia i o tej godzinie niespodziewanie przyszedłem na świat na podłodze z pastowanych desek, między kuchnią a sypialnią w mieszkaniu mojej babci przy ulicy Warszawskiej 62 w Sochaczewie).
- Trzeba opowiedzieć naszym czytelnikom o przyszłości - mówił naczelny "Komsomołki". - Opiszcie, jak będzie się żyło w Związku Radzieckim za jakieś 50 lat, powiedzmy w dziewięćdziesiątą rocznicę Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej.
To znaczy w 2007 roku.
Książka Michaiła Wasiliewa i Siergieja Guszczewa, dziennikarzy "Komsomołki", nosi tytuł "Reportaż z XXI wieku". Wizja Moskwy bez samochodów, głodu, chorób, śniegu, a nawet smrodu pochodzi właśnie z niej.
Z tej listy udało się zrealizować tylko ostatnie marzenie. I to częściowo, bo teraz cuchnie na klatkach schodowych.
Jednak autorzy pisali również, że na co dzień będziemy używali mózgów elektronowych (nazywamy je dzisiaj komputerami), miniaturowych stacji nadawczo-odbiorczych (komórek), bibliotransmisji (czyli internetu), samochody będziemy otwierali na odległość (a więc pilotem), zdjęcia robili aparatem elektrycznym (cyfrowym) i oglądali telewizję satelitarną na płaskich odbiornikach.
Pisali o tym w czasie, kiedy w domu, w którym przyszedłem na świat, nie było nawet czarno-białego telewizora, toalety i telefonu, żeby zadzwonić po lekarza.
Postanowiłem zrobić sobie prezent na 50. urodziny i ruszyć z tą książką przez całą Rosję. Moją podróż z Moskwy do Władywostoku zaplanowałem na zimę, bo wtedy jest trudniej.
Brudny rap - fabryka zapachów
Na razie telepie mną pierwszy solidny mróz tej jesieni.
Pijemy w krzakach pod blokiem długim na siedemset metrów w sypialnej dzielnicy Moskwy - Marino. Siedzimy na starych oponach, a za stolik mamy wielką szpulę po kablu elektrycznym. To poranna balanga z ogniskiem z okazji dnia rosyjskiego milicjanta. Jest sobota 10 listopada 2007 roku, a jeden z nas to ment - po rosyjsku glina.
To kumpel Miszy Nałmowa, inaczej "Maniego", 32-letniego rapera z hiphopowej grupy DOB, z którym się umówiłem. To samo dno moskiewskiego undergroundu muzycznego, tak zwany brudny rap (bliski gangsterskiemu), w stolicy zwany czule griaznym riapczykiem.
"Mani", chociaż rżnie wredniaka i niechluja, jest przesympatyczny. To jedyny człowiek, jakiego znam, który pazury ma jednocześnie czarne i obgryzione. Do tego sina od wódki i mrozu, poharatana, zarośnięta gęba, wybite zęby i trupia czaszka na czapce. Jako szanujący się raper sam pisze dla siebie teksty.
- O chłopakach z bloku, mojej pracy przy wymianie okien na plastikowe, o żonie, córeczce - mówi i spluwa przez dziurę po zębie - i o tym śpiewam, że "Brindik" z naszej grupy zaćpał się na śmierć, i że piję z kolegami w Dzień Milicjanta.