Pani Sabina i jej wnuk Olaf na oko wyglądają jak Julia Roberts i Mike Tyson. Ale Julia za ćwierć wieku, chociaż ciągle z urzekającym uśmiechem, a Mike w dzieciństwie. Tyle że nie czarny, ale twarz tak samo zastygła jak kamień, tak samo patrzy ponuro spode łba.
Siedzi, a głowa spuszczona. Oczy wbite w podłogę. Jak nie zapytasz - nie odezwie się słowem. Zapytasz - odburknie jedną sylabę. Albo zaskrzypi, bo właśnie przechodzi mutację.
Czasami strzeli gnatami, łamiąc palce u rąk.
Cholernie smutny jak na czternaście i pół roku.
I ten łeb... Łysy i poharatany, jakby golił się tępą siekierą. Same strupy.
Co tu dużo gadać. Zbójecki wygląd.
Siedem zasadRodzice Olafa wyjechali za granicę do pracy.
Nikt nie policzył, ile polskich babć musi zajmować się wnukami, bo ich dzieci wyjechały za chlebem, ale to już bez wątpienia znaczące zjawisko społeczne. Tysiące dziadków, ciotek, znajomych dostaje dzieci na przechowanie i nie potrafi podołać zadaniu.
Kiedy pytam Olafa, czy uśmiecha się czasami, potakuje smutno głową. Jego młodszy przyrodni brat to także bardzo smutne dziecko, ale ma więcej szczęścia. Matka przyjechała z Anglii na urlop i zabiera go ze sobą. Olaf zostaje w psychiatryku.
Wychowawcy i lekarze mówią, że to oddziały sanatoryjne, ale w oknach są kraty, nie ma klamek, jest izba przyjęć - jak w każdym szpitalu - depozyt odzieżowy, a obok na ścianie wypisanych siedem zasad.
Zasada pierwsza"Nie psuj mnie. Dobrze wiem, że nie powinienem mieć tego wszystkiego, czego się domagam. To próba sił z mojej strony".
- Co pani przywiozła z Anglii Olafowi? - pytam jego matkę Ewę.
- Co chciał. Bluzę
Nike i buty Fila. Rzeczy dobrze wybrałam, ale z rozmiarem nie utrafiłam. Trochę za małe.
WizytaBo pani Ewa rok nie widziała syna. Wyjechała do Wielkiej Brytanii w sierpniu zeszłego roku. Za kilka dni kończy się jej urlop. Wraca więc, ale z młodszym synem Markiem. Olaf trafił do zakładu psychiatrycznego, bo sprawiał ogromne problemy wychowawcze.
Zaburzenia zachowania klasyfikowane są w Polsce jako patologia psychiczna, a więc jako jednostka chorobowa z numerem ewidencyjnym F 92 - "zaburzenia zachowania i emocji".
Przed powrotem do Anglii matka odwiedziła Olafa w zakładzie. Był też jego ojczym, za którym chłopak - z wzajemnością - nie przepada, babcia Sabina, z którą przez ostatni rok ustawicznie wojował, i brat Marek - ten lepszy, którego matka ze sobą zabiera. Do tego czuło się napięcie między matką a córką i pomiędzy rodzicami. Co raz zapadały chwile długiej nieprzyjemnej ciszy.
- Jak wyglądało powitanie?
- Tylko "cześć" - mówi pani Ewa.
- Olaf się cieszył?
- Nie pokazywał tego, ale to było widać w jego oczach. Udawał twardego, obojętnego.
- Nigdy się nie rozkleja?
- Nie widziałam - mówi matka chłopaka. - Panuje nad sobą. Nigdy nie pokazuje emocji. Za dużo sobie z nami nie pogadał.
- A co powiedział na to, że brat z panią wyjeżdża?
- Nie rozmawialiśmy o tym.
Siedzieli więc w pokoju odwiedzin i mordowali się w milczeniu. Potem Olaf poszedł na obiad, co wszystkim sprawiło ulgę. Wrócił i zaczęli się żegnać.
- Jak? - pytam.
- Policzek - pani Ewa też nie jest rozmowna.
- Bez objęcia?
- Z objęciem.
- On nie zesztywniał?
- Nie mógł się oderwać. Ode mnie. Tylko ode mnie. Z babcią chłodno.
- Kiedy następny urlop?
- Za pół roku.
Zasada druga
"Nie rób ze mnie większego dziecka, niż jestem. To sprawia, że przyjmuję postawę głupio dorosłą".
- Dlaczego ogoliłeś głowę na zero? - pytam Olafa w sali odwiedzin.
- Wszy złapałem.
- Ale dlaczego tak się pokancerowałeś?
- Żyletka była tępa.
Olaf od września powtarza drugą klasę gimnazjum. Oblał z matematyki, polskiego, geografii, języka niemieckiego i religii.
- Bo jestem niewierzący - zaburczał. - Wierzyłem, ale przestałem. Boga nie ma.
- Na szyi masz pierścionek zawieszony na łańcuszku.
- Od dziewczyny.
- Dlaczego nie nosisz na ręku?
- Bo chłopaki nie noszą pierścionków.
Piwo
Matka i babcia są oburzone, że z powodu wszy chłopak został oszpecony.
Od dziesięciu lat Olaf mieszka z babcią Sabiną. Urodził się, kiedy pani Ewa miała 17 lat. Szkolne dziecko. Kiedy cztery lata później urodziła drugiego syna i wyprowadzała się od matki do męża, pani Sabina uznała, że Olaf powinien zostać z nią.
Opowiada, że kiedyś była świadkiem, jak czteroletni Olaf podszedł, kiedy mąż matki zmywał naczynia przy zlewie, i objął go od tyłu za nogi, a on zesztywniał, jakby chlusnęli na niego kubeł lodowatej wody.
- On nie byłby dobry dla tego dziecka - mówi pani Sabina. - Ewka urodziła go dla mnie i traktowała go zawsze jak młodszego braciszka. Tak było dobrze - aż do zeszłego roku.
Gdzieś na początku września, dwa tygodnie po wyjeździe matki do Anglii, chłopak wrócił do domu wieczorem i zwymiotował w łazience. Powiedział babci, że zjadł dwie paczki chipsów i go zemdliło. Pani Sabina nie dała się nabrać. Po zapachu poznała, że to było piwo. Olaf się przyznał. Powiedział, że wypił dwie butelki, bo ma straszne problemy. Nie powiedział babci jakie. Nawet ją trochę ucieszyło, że chłopak tak odchorował to piwo, bo to oznacza, że pił pierwszy raz w życiu. Tak jej powiedział, a ona uwierzyła. Zawsze mu wierzyła i we wszystko.
Zasada trzecia
"Nie dawaj mi obietnic bez pokrycia. Jestem zdezorientowany i stłamszony, gdy nic z tego nie wychodzi".
Kiedy pani Ewa odwiedzała syna u swojej matki, Olaf witał się z nią i gnał do swoich zajęć. Kiedy przyjeżdżał ojciec, było święto, radość i śmiechy. Siedzieli w pokoju Olafa i rozmawiali godzinami albo ruszali na poszukiwanie skarbów. Ojciec chłopaka ma wykrywacz metali i mnóstwo książek o archeologii, które czytał razem z synem.
To były najszczęśliwsze chwile w życiu Olafa. Kiedy przed rokiem zaczęły się z nim problemy, umówił się z babcią i ojcem, że na jakiś czas zamieszka z nim.
Ojciec Olafa nigdy nie ułożył sobie życia. Zawsze mieszkał sam. Mimo obietnicy nie miał odwagi przyjąć syna. Ciągle odkładał to na później.
Rodzice
W grudniu zeszłego roku on także wyjechał do pracy w Anglii. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, które zawsze spędzał z jedynym synem.
To był straszliwy cios dla Olafa. Nie mają ze sobą kontaktu, poza dwoma telefonami, które ojciec wykonał do syna, kiedy ten był już w psychiatryku.
Wie, że trzeba dzieciaka ratować, ale nie potrafi. Zawsze ucieka, kiedy pojawiają się kłopoty, a w Anglii zagubił się jeszcze bardziej. Wróciły problemy z alkoholem, stracił stałą pracę i mieszkanie. Pracuje dorywczo przy zbiorze warzyw albo przy sprzątaniu.
- Nieudacznik - mówi pani Ewa. - Zawsze obiecywał i nie dotrzymywał słowa. Niedojrzały i niezrównoważony psychicznie, ale to nie jest zły chłopak, tylko bardzo słaby charakter. Albo zbyt wrażliwy.
Pytam ją o najpiękniejszy moment w życiu, ale nic nie przychodzi jej do głowy.
- A jak rodził się Marek, drugi syn, nie była pani szczęśliwa? - podpowiadam.
- Taaaak - odpowiada beznamiętnie. - Jak Olaf się rodził, też byłam szczęśliwa. Żeby nie wyszło, że jestem wredną matką.
- Nie była pani przerażona, kiedy rodził się Olaf? - pytam. - Panienka 17 lat, druga klasa.
- Byłam przerażona. Dlatego zrobiłam dużo głupich rzeczy. Oddałam matce dziecko. Musiałam wybierać. Albo mąż, albo dziecko. Mąż nie akceptował Olafa.
Zasada czwarta
"Nie chroń mnie przed konsekwencjami. Czasami dobrze jest nauczyć się rzeczy bolesnych i nieprzyjemnych".
Wszystkie nieszczęścia w życiu Olafa zaczęły się od pożaru w jego szkole. Wybuchł w szatni, gdzie dzieciaki chodzą na papierosa.
- To nie on zrobił - mówi babcia Olafa. - Chociaż się przyznał. Policja maglowała go cztery godziny. Straszyli go.
Pani Sabina prowadzi własne śledztwo w tej sprawie. Pokazuje mi artykuł z lokalnej gazety. Opowiedziała w nim dziennikarzowi, jak to piękna aleja starych drzew stała się łapówką od burmistrza jej miasta dla miejscowych strażaków. Byli w jego komitecie wyborczym, to dał im tę aleję do wycięcia, żeby sobie chłopaki zarobili. Sprzedawali drewno po 350 złotych za przyczepę, za co chodzili od domu do domu i robili negatywną kampanię wyborczą przeciwnikowi burmistrza, w którego komitecie była pani Sabina.
- Następnego dnia po ukazaniu się artykułu - mówi babcia Olafa - wybuchł pożar w szkole. Trzeba było mnie ukarać.
- Chce pani powiedzieć, że strażacy podpalili szkołę pełną dzieci?
- A dlaczego przypisali to Olafowi? Od tego momentu było mu wszystko jedno. Zaczął zachowywać się jak nieprzytomny. To był najstraszniejszy rok w jego i moim życiu.
Szkoła zupełnie przestała go interesować. Przychodził na lekcje, ale nawet nie wyjmował z torby zeszytów i książek. Siedział w kapturze na głowie i gapił się w okno.
Rok
Sąd rodzinny w procesie o demoralizację nieletniego postanowił: "W trybie natychmiastowym, w drodze zarządzenia tymczasowego, umieścić nieletniego Olafa S. ur. 18.01.1993 roku w Specjalistycznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej Oddział Psychiatryczny dla Dzieci i Młodzieży. Jak wynika z wniosku kuratora, nieletni Olaf wraz z innymi nieletnimi spożywał alkohol, wracał późno do domu, zaś 31.05.2007 roku nieletni wyskoczył z pierwszego piętra domu, natomiast 5.06.2007 roku podczas zajęć lekcyjnych ubliżał nauczycielce języka polskiego, używając względem niej słów wulgarnych powszechnie uznawanych za obelżywe. Ponadto, jak wynika z akt sprawy, nieletni w rozmowie z babcią Sabiną S., pełniącą opiekę w ramach rodziny zastępczej, nie panuje nad nerwami i reaguje agresywnie. Sabina S. uważa, że nie ma wpływu na zachowanie wnuka.
Mając na uwadze, że proces demoralizacji nieletniego postępuje, a jego zdrowie i bezpieczeństwo jest zagrożone, należałoby umieścić go w Zakładzie Opieki Zdrowotnej".
Olafa czekają także procesy przed sądem rodzinnym o podpalenie szkoły i o groźby wobec nauczycielki języka polskiego. Babcia kompletnie nad nim nie panowała. Przez cały miniony rok szkolny robił, co chciał, i wracał do domu, kiedy chciał. Siedem razy stawał przed sądem. Nic, tylko procesy, śledztwa i przesłuchania na policji albo w prokuraturze, ale ze wszystkich opresji udawało się babci jakoś go wyciągnąć. Chłopak wiedział, że nic jej nie powstrzyma przed interwencją i że zawsze jej się uda.
- Walczę o Olafa i wiem, że ta walka nie jest jeszcze przegrana. Muszę go wykaraskać z tego psychiatryka. Tak powinno być.
- Znowu go pani wyciągnie.
- Myśli pan, żeby go zostawić? Żeby przeszedł terapię do końca? Żeby go wyciągnęli z tych zaburzeń zachowania? Ciężko mi, ale ciągle mam dużo pogody ducha. Gdybym się przejmowała za bardzo, tobym była zgorzkniałą starą babą, a nie jestem. Jestem aktywna, lubię pracę społeczną i w komitecie wyborczym, działam w zarządzie Stowarzyszenia Miłośników Zabytków. Nawet Olafa wzięłam na jedno zebranie, ale nie chciał się zapisać.
Zasada piąta
"Nie rób z siebie ideału. Prawda na twój temat byłaby w przyszłości nie do zniesienia".
- Pani Sabina była dobrą matką? - pytam jej córkę Ewę.
- Nie - odpowiada szybko, krótko i zdecydowanie.
- Bo babcią stara się być dobrą.
Pani Ewa milczy bardzo długo.
Babcia
Urodziła się w połowie wojny w Horodence w województwie stanisławowskim. Całe niemal życie pracowała w dziale płac miejscowej elektrociepłowni.
Psycholog ze szpitala, w którym jest Olaf, mówi, że jest dobrą babcią, ale w życiu chłopaka powinien być mężczyzna.
Pani Sabina miała pięciu. I to krótko.
Pierwszy był Jarek. Mieli po 13 lat. Potem zakochała się w Staszku, ratowniku z Międzyzdrojów.
- Studiował filologię polską - mówi pani Sabina - ale był pięknie umięśniony. Nic z tego nie wyszło, bo byłam głupia i nie potrafiłam się sprzedać.
Trzeci był Bogdan, kolega, z którym studiowała na politechnice. Nieszczęśliwa miłość, bo Boguś nie był wierny.
Potem pani Sabina wyszła za mąż za ojca pani Ewy, urodziła córkę i na zabój zakochała się w muzyku jazzowym. Mirku, perkusiście.
- Potrafiłam wyczuć go jak pies, przez mury - opowiada babcia Olafa. - Zawsze wiedziałam, kiedy przechodził ulicą koło mojego domu. Wyczuwałam to, podbiegałam do okna i on tam był. Czasami z innymi kobietami. Jak to jazzman. Gnała mnie do niego zwierzęca, fizycznie zniewalająca fascynacja. To trwało latami. Rozstałam się z mężem. Nie kochałam go. Prawie całe życie byłam sama, ale samotność mi nie dokucza, bo Ewa urodziła mi Olafa. On był jak moje dziecko.
Zasada szósta"Nie bój się stanowczości. Potrzebuję jej dla jasności sytuacji i poczucia bezpieczeństwa".
Panią Sabinę i Olafa w sądzie rodzinnym czeka też proces o rozwiązanie rodziny zastępczej. Sąd chce odebrać go babci, bo sobie nie radzi wychowawczo. Jeśli tak się stanie, chłopak trafi do domu dziecka.
Pani Sabina dziewięć lat sobie radziła i dopiero w ostatnim roku ich dziwna rodzina zaczęła się sypać. Postawiła już nawet diagnozę. Wszystko przez to, że Olaf dwa razy został porzucony. Pierwszy raz dziesięć lat temu, kiedy wzięła go do siebie. Jego matka przyjeżdżała czasem w odwiedziny z drugim dzieckiem, pobyła i wracała. A on zostawał. Widział, że matka woli tamtego, i gniew w nim rósł. Teraz rodzice porzucili go po raz drugi, bo wyjechali za granicę do pracy. A on został.
EmigranciPrzed trzema laty pani Ewa i jej mąż sprzedali samochód, wzięli kredyty, wynajęli lokal w rynku i założyli zakład pogrzebowy Hades. W Niemczech kupili używany karawan, wzięli w komis kilkanaście trumien, a klienci się sypnęli.
Świetnie im szło. Już po kilku miesiącach proponowali pani Sabinie, żeby sprzedała mieszkanie i rozpoczęła z nimi budowę domu. Wtedy wszyscy, także Olaf, mieszkaliby pod jednym dachem.
Po takim sukcesie w ich miasteczku zakłady pogrzebowe zaczęły powstawać jak grzyby po deszczy. Rozpoczęła się straszliwa walka o klienta, do której pani Ewa ani jej mąż się nie nadawali. Nie potrafili stać pod szpitalem i czekać, aż ktoś umrze.
Po 13 miesiącach działalności firma upadła. Zostały długi w bankach,
ZUS-ie. Sprzedali karawan, który był ich jedynym środkiem lokomocji.
- Wszędzie nim jeździliśmy - pani Ewa mówi smutno. - Na święta do mamy, nad wodę, po syna do szkoły.
- Z tylu było jedno miejsce leżące - mówię ponuro.
- Mebel zawsze można było przewieźć, albo rower.
Po upadku firmy pani Ewa pracowała w barach albo w sklepach. Ostatnio za 400 złotych na pół etatu. W ich miasteczku nie było innej pracy dla kobiet. Jej mąż dostał pracę za 1200 złotych w fabryce drutu. Nie byli w stanie spłacać długów, więc w połowie zeszłego roku postanowili, że mąż zostanie w domu z synem, a pani Ewa pojedzie do Anglii.
Zaczynała od pracy na czarno za 2,5 funta za godzinę. To rozpaczliwie mało, bo życie w Wielkiej Brytanii jest bardzo drogie. Ciągle nie mogli spłacać długów, więc mąż pani Ewy rzucił fabrykę drutu i pojechał szukać pracy do Holandii. Syna zostawił pod opieką swojej matki.
Od grudnia zeszłego roku pani Ewa ma lepszą pracę, 5 funtów za godzinę. Obliczyła, że oboje z mężem jeszcze pół roku pracować będą tylko na długi.
- I wróci pani do Polski - zgaduję.
- Nie mam po co i do czego - odpowiada. - Przyjechałam tylko po Marka. A mąż? Jemu bardziej zależy na wolności niż na kontakcie z synem.
Zasada siódma"Za uczciwość odpłacę miłością, jakiej jeszcze nie znasz".
W szpitalu psychiatrycznym dla dzieci i młodzieży, w którym jest Olaf, zasady są jasne. Raz w tygodniu pacjentom przyznawane są kartki. Złota (ta jest najlepsza), zielona, biała, żółta i najgorsza - czerwona. Kartki dostaje się za punkty, które przez cały tydzień młodzi pacjenci zbierają za czystość, słanie łóżka, ułożone ubrania w szafce, za dyżury, koleżeństwo, stosunek do dorosłych...
- Co masz ze stosunku do dorosłych? - pytam Olafa.
- Dwa punkty. To dobry wynik.
- Co tu porabiasz?
- Siedzę i chodzę z grupą na spacery, czasem na basen albo do sklepu w mieście. Trzeba być blisko grupy i wychowawcy, bo się będzie miało oddalenie, karne punkty i czerwoną kartkę, a wtedy szlaban na wychodzenie z oddziału.
- Straszne nudy - grymaszę.
- No. Ale i tak lepiej niż w tym szpitalu, co wcześniej byłem osiem dni. Tam w ogóle się nie wychodziło. Nic się nie robi. Tylko krótki korytarz i kanapa. Cały czas się leży i śpi.
- Jaką masz kartkę?
- Żółtą. Drugą od końca. Złapali mnie na paleniu, a za to są dwie kartki w dół. Albo czerwoną będę miał. Najgorszą. Za oddalenie. Kurde! 25 metrów od wychowawcy byłem i już oddalenie.
- A jak się czujesz, tak w ogóle?
- Nieszczęśliwy się czuję.
Wstyd
- Olaf wygarnął kiedyś pani w oczy? - pytam jego matkę Ewę. - Nawrzeszczał na panią?
- Nie. Nigdy.
- Bo że się nigdy nie rozkleja, to już wiem.
- To pewnie przez to, że mieszka z babcią.
- Ona chociaż walczy o niego jak lwica.
- O! Do walki to ona jest stworzona - pani Ewa mówi o swojej matce. - Tylko to jej się udaje. Ale najpierw musi się coś stać. Gorzej z uczuciami. Nawet jak już z nią mieszkałam, to nie gadałyśmy.
A jednak nie umiem jej współczuć. Jakoś nie jest mi jej żal. Dziwnie zimna, beznamiętna, skrzywiona, apatyczna. Jakby znudzona, obrażona, a przy tym bardzo apetyczna, 32-letnia kobieta, na widok której miejscowi mężczyźni pazernie mlaskają.
Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby sprawiało to taki ból. Kiedy odprowadzałem ją do domu, każde spojrzenie na ulicy miało dla niej temperaturę pogrzebacza wyjętego z pieca.
- Dlaczego pani taka skulona? - pytam po drodze.
- Och Jezu! Nie chcę pokazywać się w mieście! Przed wyjazdem do Holandii mąż strasznie narozrabiał.
- Miał kobietę?
- Żeby to była kobieta, tobym się tak nie wstydziła.
- Zamieszkał z facetem?!
- Nie chodzi o płeć - stuka się otwartą ręką w czoło. - Kurwiszcze zwykłe. Wziął sobie najgorszą wywłokę w mieście! Tu zawsze było tak fajnie, a teraz wstydzę się pokazywać.
- A pani myślała, że mąż przez rok zachowa wstrzemięźliwość?
- Wziął ją sobie trzy miesiące po moim wyjeździe - mówi. - Chyba normalny chłop może wytrzymać parę miesięcy.
O zdradzie męża dowiedziała się w Anglii od przybyszów z ich miasta.
- To takie ważne, z kim mąż panią zdradził? - pytam.
- Tak. Bardzo. To chyba ważne, że z taką ostatnią szmatą. Nie przyprowadza się takiej osoby do domu! Gdzie jest dziecko! Nie gotuje się razem obiadu! Ja normalnie aż nie mogę o tym mówić... Takie obrzydliwe...
WszyOlaf wcale nie złapał wszy. W zakładzie, w którym jest, nie wolno golić głów na zero. Właśnie za to dostał karne punkty, tym bardziej że tak strasznie się przy tym pokancerował. Lekarze i wychowawcy uznali to za samookaleczenie.
Zrobił to na przyjazd rodziny.
---
Czy wielu emigrantów boi się wrócić, bo to oznaczałoby przyznanie się do porażki? Czekamy na Wasze listy:
listydogazety@gazeta.pl Czytaj bloga emigracyjnego:
17wojewodztwo.blox.pl
Źródło: Duży Format