Najskrupulatniej podeszła do sprawy "Polska", która poświęca na to pół siebie, zamieszczając bogate kalendaria wydarzeń politycznych, kulturalnych i sportowych. Czy najbardziej rewolucyjnym wydarzeniem w 2010 r. będzie premiera nowego gadżetu firmy Apple, czyli tabletu, który możemy w uproszczeniu nazwać małym przenośnym komputerem-czytnikiem, i który oprócz zwykłych funkcji komputerowych ma służyć także do czytania gazet i książek. Na pewno będzie piękny, jak inne produkty firmy Apple, ale czy doprowadzi do przełomu na rynku czytników elektronicznych książek? Jak na razie, cena powala - około 1000 dolarów.
W każdym razie, ten kolejny etap cyfrowej ewolucji jest już tuż, tuż. Niedługo każdy namiętny czytelnik (nie mówiąc o studentach i naukowcach, bo do pracy naukowej czytnik, w którym można robić notatki i wyszukiwać tekst, jest idealny) będzie nosił w plecaku lub torebce kilkaset książek.
Dla tych, którzy lamentują, że czytnika nie można używać w wannie, też jest dobra wiadomość -
papierowa książka raczej nie zniknie. Będzie jednak albo towarem luksusowym, albo tanim i gorszej jakości, raczej dołączanym do gazet. Środek zdominują e-booki. Taka przynajmniej jest moja prognoza.
Na razie, w oczekiwaniu na gadżet, na którym przeczytam poranne gazety, muszę się uporać ze stertą papieru na biurku: w "Gazecie Wyborczej" pięciu znanych
ekonomistów: Witold Orłowski, Krzysztof Rybiński, Mateusz Morawiecki, Ryszard Petru i Stefan Kawalec, życzy nam "Tyle szczęścia co w 2009 r.". Jak pisze Witold Orłowski, na naszą korzyść zadziałały: "osłabienie złotego, ale nie za mocne; brak problemów w sektorze bankowym; stosunkowo duża elastyczność rynku pracy". No i przeszliśmy przez kryzys obronną ręką. Bezrobocie nie wzrosło, uniknęliśmy recesji, rząd i NBP "nie zrobiły poważnych błędów w polityce gospodarczej, co nas różni od wielu krajów".
Najbardziej konkretne prognozy na 2010 r. znajdziemy w "Fakcie", który
zapytał o przyszłość dyplomowaną (cokolwiek to znaczy) wróżkę Miriam.
A więc: małżeństwu Marcinkiewiczów urodzi się syn. "Ale na jednym potomku się nie skończy. Isabel da byłemu premierowi dwójkę dzieci. Karty wróżki Miriam mówią też o bardzo udanym życiu intymnym znanej pary".
Wiadomość, która mnie osobiście bardzo ucieszyła: "Złotówka umocni się. Frank szwajcarski już za sześć miesięcy powinien stanieć i kosztować 2,5 zł. Euro spadnie do 4 złotych, a dolara będzie można kupić po 3 złote. Odetchną walutowi kredytobiorcy, za to droższe będą kredyty w złotych".
A najbardziej frapująca polemika tych dni dotyczy jednego z najbardziej poruszających tekstów - a właściwie nie tekstu, a komiksu - o życiu prof. Tadeusza Gadacza w bożonarodzeniowym
"Dużym Formacie". Znany filozof opowiada w nim o swojej życiowej tragedii - utracie dwójki dzieci, która może się jawić jako biblijna kara za odejście ze stanu kapłańskiego. Na profesora oburzyła się w "Wyborczej" prof. Środa, która
zarzuciła mu , że pisze tylko o swoim cierpieniu, zapominając o matce dzieci. Dziś odpowiada jej Jacek Żakowski: "Powstała opowieść, z którą czytelnikowi trudno sobie poradzić. Bo najtrudniej jest poradzić sobie z okrucieństwem losu, gdy coś w nas z całych sił krzyczy: NIE!, lecz wiemy, że choćbyśmy się zdobyli na największy wysiłek, niczego to nie zmieni. Profesor Magdalena Środa poradziła sobie z tym okrucieństwem, dobijając poranionego okrucieństwem losu kolegę. Przywaliła mu z feministycznego glana w sam środek otwartej przed nami rany. Równie dobrze mogłaby mieć pretensję do matki Courage, że Brecht, opowiadając jej dramat, nie zajął się panem Courage". Muszę przyznać rację Żakowskiemu. Jeśli nawet w komiksie trochę razi skwitowanie matki dzieci słowami "przyjaźniliśmy się", to kładę to na karb skrótowości tej formy literackiej, która nie pozwala na niuanse. I jeśli profesor Gadacz zdecydował się na opowiedzenie swojej historii, to zapewne i z własnej potrzeby, i dla "dobra publicznego" - żeby nas czegoś nauczyć, coś pomóc zrozumieć. I właściwie już nie należy tego komentować.