"Dziennik" poświęca większą część pierwszej strony i komentarz redakcyjny ukaraniu Janusza Palikota.
Dziennikarze mają problem z Palikotem. Z jednej strony - nie warto o nim pisać, bo w ten sposób powtarza się jego brednie i psuje debatę o polityce (ja ich tu nie będę powtarzał).
Ale - z drugiej strony - jednak trzeba o nim pisać: bo konkurencja to zrobi, a poza tym, być może, jego wybryki budzą mimo wszystko jakieś perwersyjne zainteresowanie czytelników. Tego, niestety, nie da się całkowicie wykluczyć.
"Dziennik" chyba jednak rzeczywiście przejął się Palikotem: sprawa powraca na pierwszej stronie (informacja i komentarz), drugiej (komentarz) i trzeciej (cytat z posła Mężydło o Palikocie). Nie będę tych tekstów streszczał, bo łatwo zgadnąć, co w nich jest.
Dużo ciekawszą sprawę ma na pierwszej stronie dziennik "Polska": ponieważ na całym świecie spadły ceny surowców, nie opłaca się przerabiać surowców wtórnych. W ten sposób recykling śmieci stał się kolejną ofiarą światowego kryzysu ekonomicznego.
Warto zauważyć trzy teksty w "Rzeczpospolitej". Pierwszy - o wykluczeniu przez Izrael dwóch arabskich partii z udziału w wyborach do Knessetu (w Izraelu żyje ponad milion Arabów, którzy mają prawa wyborcze). Władze Izraela zarzucają tym partiom wspieranie terrorystów.
Ciekawszy od informacji jest tytuł, który dała jej "Rzeczpospolita": "Apartheid czy samoobrona?". Słowo "apartheid" - nazwa opartego na rasizmie ustroju panującego dawno temu w RPA, którego istnienie powszechnie było uznawane za hańbę dla cywilizowanego świata - nie pojawia się w wypowiedzi żadnej z cytowanych w tekście osób. Nie funkcjonuje więc na prawach cytatu, ale zostało użyte przez redaktorów "Rzeczpospolitej".
Polityka Izraela może się oczywiście nie podobać redaktorom "Rz", chociaż mogliby temu dać wyraz w komentarzu, a nie w informacji. Mimo to porównanie Izraela - jeśli nie liczyć dyskusyjnego przypadku Iraku, jedynego na Bliskim Wschodzie państwa demokratycznego - do rasistowskiego RPA wyznacza nowy standard w polskiej prasie głównego nurtu.
Skoro jesteśmy przy standardach: "Rzeczpospolita" pisze również o podwójnych standardach stosowanych przez niemieckie prokuratury, które "choć ścigają polskich rodziców, którzy wywożą swoje dzieci do ojczyzny, odmawiają interwencji, kiedy to polskie dzieci są uprowadzane nad Ren". Sprawa jest interesująca i poruszająca. Ciekawy jest także jej opis. "Rzeczpospolita" pisze bowiem o "polskich dzieciach", podczas gdy chodzi tu o dzieci - jak wynika z tekstu - z mieszanych, polsko-niemieckich małżeństw. Niby drobiazg, ale istotny.
Na deser, także w "Rzeczpospolitej", sążnista publicystyka Bronisława Wildsteina o polityce historycznej, Wałęsie i "salonie". Pisze Wildstein:
"Establlishment III RP uprawiał własną politykę historyczną, która miała wyeliminować poczucie narodowej dumy Polaków. W zamian należało budować kompleks winy i niższości".
Redakcja wyróżnia ten fragment większym drukiem, więc widać uznaje go za ważny. Niżej podpisany - zarówno jako zawodowy historyk, jak i publicysta piszący nie raz o "polityce historycznej" - może tylko z przykrością odnotować, że Wildstein znów nie podaje nawet jednego przykładu takiej, rzekomo prowadzonej przez "elity III RP", złej polityki historycznej. Co nie przeszkadza mu pisać:
"Eksponowane były momenty wstydliwe i dwuznaczne, a heroiczne - poddawane rewizji, ośmieszane albo relatywizowane."
Kto to robił? Kto "poddawał w wątpliwość, ośmieszał albo relatywizował"? Gdzie? Prosimy o nazwiska! Konkrety! Skoro taka była w latach 90. dominująca "polityka historyczna", proszę wymienić chociaż kilka książek, filmów czy tekstów publicystycznych! Powinny ich być przecież dziesiątki, jeśli nie setki!
Poważniej - jedynym przykładem, który przychodzi w takiej sytuacji do głowy zwolennikom wprowadzonej za rządów PiS "polityki historycznej", jest opublikowany w 1994 r. w "Gazecie" artykuł Michała Cichego o przypadkach mordowania Żydów w czasie Powstania Warszawskiego. Nawet jeśli uznamy go za przykład "ośmieszania i relatywizowania" powstania - co, jak sądzę, byłoby zwyczajnie nieprawdziwe - to jeden tekst nie wystarczy do obrony tezy Wildsteina.
Panie Bronisławie - czekam! Niech pan pogrzebie w archiwach. Tak świetnie zawsze to panu wychodzi.