http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Złota

Roman Pawłowski
2010-08-29, ostatnia aktualizacja 2010-08-29 18:04

Felieton z cyklu Kronika Wypadków Kulturalnych

Na Placu Czarnieckiego w Tykocinie stanęły maszyny do szycia
Fot. Jędrzej Wojnar / Agencja
Na Placu Czarnieckiego w Tykocinie stanęły maszyny do szycia
ZOBACZ TAKŻE
Morze atramentu przelano na opisanie ciszy i spokoju dawnych żydowskich miasteczek. Do Kazimierza, Tykocina, Sejn, Hrubieszowa, Leżajska ciągną tysiące turystów i turystek, chcących zaznać nostalgii przemijania. Ja mieszkam w takim miasteczku i żadnej nostalgii nie czuję. Cisza, która dla innych jest błogim wytchnieniem po zgiełku miasta, dla mnie symbolizuje utratę. To cisza po nieobecnych polskich i żydowskich mieszkańcach - sklepikarzach, rejentach, kupcach, szewcach, krawcach, urzędnikach, policjantach, nauczycielach, lekarzach, fryzjerach, rzeźnikach, piekarzach, restauratorach, którzy tworzyli kiedyś tkankę społeczną miasteczek zniszczoną przez wojnę.

Miasteczka takie jak Tykocin nigdy nie podniosły się z wojennej traumy. Ulice, które kiedyś tętniły życiem, dzisiaj zamierają po 18, a zimą - nawet po 16. Jedyne, co wieczorem słychać, to łoskot przejeżdżającego tira albo zaśpiew pijaka. Na miejsce dawnych mieszkańców weszli nowi ludzie, przeważnie z okolicznych wsi, ze swoimi zwyczajami i stylem życia, który z kulturą miejską ma niewiele wspólnego. Przez 45 lat komunizmu i 20 lat demokracji nie wytworzyły się nowe elity, którym zależałoby na ożywieniu tych miejsc. Pojedynczy straceńcy walczą z wiatrakami, zakładają ośrodki kultury i stowarzyszenia, organizują spektakle i festiwale, ale ciszę trudno zagłuszyć.

Dlatego tak ważnym wydarzeniem był festiwal "Sklepy Cynamonowe na Złotej" zorganizowany w miniony weekend w Tykocinie na Podlasiu przez grupę miejscowych entuzjastów, wspieranych przez artystów z Łodzi i Warszawy. Na jeden wieczór przywrócili oni dawny wygląd głównej ulicy - Złotej, niegdyś centrum handlu i życia towarzyskiego miasta. Na domach i sklepach zawisły przedwojenne szyldy - restauracja i hotel Fridy Gerszun, piwiarnia Kropiewnickiego, warsztat zegarmistrzowski braci Edelsztejn, warsztat czapniczy Gumowicz, apteka Nachum Goldin, sklep ze spirytualiami Bujnowskiej, sklep z obuwiem Buniaka. Mieszkańcy w strojach stylizowanych na międzywojenne przechadzali się po Złotej, robili portretowe zdjęcia w starym stylu w zaimprowizowanym atelier, pili herbatę z ćmielowskiej porcelany w cukierni, oglądali prace artystów inspirowane Schulzem. Patrzyłem i nie wierzyłem własnym oczom - widziałem ekspedientki w delikatesach ubrane według żurnala mody z 1929 roku, widziałem kolejkę do zakładu fryzjerskiego, w którym można było zrobić sobie "falę" a la Jadwiga Smosarska, widziałem miejscowego szewca cholewkarza w meloniku.

Ktoś powie, że to tylko zabawa w teatr, że czasu nie można puścić wstecz. To prawda. Jednak warto robić wszystko, żeby zagłuszyć ciszę miasteczek choćby na jeden wieczór.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':