Morze atramentu przelano na opisanie ciszy i spokoju dawnych żydowskich miasteczek. Do Kazimierza, Tykocina, Sejn, Hrubieszowa, Leżajska ciągną tysiące turystów i turystek, chcących zaznać nostalgii przemijania. Ja mieszkam w takim miasteczku i żadnej nostalgii nie czuję. Cisza, która dla innych jest błogim wytchnieniem po zgiełku miasta, dla mnie symbolizuje utratę. To cisza po nieobecnych polskich i żydowskich mieszkańcach - sklepikarzach, rejentach, kupcach, szewcach, krawcach, urzędnikach, policjantach, nauczycielach, lekarzach, fryzjerach, rzeźnikach, piekarzach, restauratorach, którzy tworzyli kiedyś tkankę społeczną miasteczek zniszczoną przez wojnę.
Miasteczka takie jak Tykocin nigdy nie podniosły się z wojennej traumy. Ulice, które kiedyś tętniły życiem, dzisiaj zamierają po 18, a zimą - nawet po 16. Jedyne, co wieczorem słychać, to łoskot przejeżdżającego tira albo zaśpiew pijaka. Na miejsce dawnych mieszkańców weszli nowi ludzie, przeważnie z okolicznych wsi, ze swoimi zwyczajami i stylem życia, który z kulturą miejską ma niewiele wspólnego. Przez 45 lat komunizmu i 20 lat demokracji nie wytworzyły się nowe elity, którym zależałoby na ożywieniu tych miejsc. Pojedynczy straceńcy walczą z wiatrakami, zakładają ośrodki kultury i stowarzyszenia, organizują spektakle i festiwale, ale ciszę trudno zagłuszyć.
Dlatego tak ważnym wydarzeniem był festiwal "Sklepy Cynamonowe na Złotej" zorganizowany w miniony weekend w Tykocinie na Podlasiu przez grupę miejscowych entuzjastów, wspieranych przez artystów z Łodzi i Warszawy. Na jeden wieczór przywrócili oni dawny wygląd głównej ulicy - Złotej, niegdyś centrum handlu i życia towarzyskiego miasta. Na domach i sklepach zawisły przedwojenne szyldy - restauracja i hotel Fridy Gerszun, piwiarnia Kropiewnickiego, warsztat zegarmistrzowski braci Edelsztejn, warsztat czapniczy Gumowicz, apteka Nachum Goldin, sklep ze spirytualiami Bujnowskiej, sklep z obuwiem Buniaka. Mieszkańcy w strojach stylizowanych na międzywojenne przechadzali się po Złotej, robili portretowe zdjęcia w starym stylu w zaimprowizowanym atelier, pili herbatę z ćmielowskiej porcelany w cukierni, oglądali prace artystów inspirowane Schulzem. Patrzyłem i nie wierzyłem własnym oczom - widziałem ekspedientki w delikatesach ubrane według żurnala mody z 1929 roku, widziałem kolejkę do zakładu fryzjerskiego, w którym można było zrobić sobie "falę" a la Jadwiga Smosarska, widziałem miejscowego szewca cholewkarza w meloniku.
Ktoś powie, że to tylko zabawa w teatr, że czasu nie można puścić wstecz. To prawda. Jednak warto robić wszystko, żeby zagłuszyć ciszę miasteczek choćby na jeden wieczór.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna