http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Trzy książki na rok

Rozmawiała Beata Kęczkowska
2010-08-29, ostatnia aktualizacja 2010-08-30 10:42

- Chcemy robić to, co nam się podoba. Albo ktoś to kupuje, albo nie - mówi Marta Ignerska. To już ostatnia rozmowa z wakacyjnego cyklu wywiadów z twórcami książek dla dzieci.

Ilustracja Marty Ignerskiej
Ilustracja Marty Ignerskiej "Romans z George Sand" z książki Barbary...
Marta Ignerska ilustruje książki dla dzieci, ale chciałaby zrobić książkę dla dorosłych. Ma nadzieję, że takie wydawnictwa pojawią się w Polsce już niedługo.

Beata Kęczkowska: O, przyniosła pani jakąś książkę?

Marta Ignerska: Bo nie wiem, czy pani ją zna. To właściwie makieta książki, którą właśnie zrobiłam. Oczywiście o Chopinie, bo o czym by innym w tym roku, prawda? To książka Barbary Smoleńskiej-Zielińskiej "Fryderyk Chopin i jego muzyka" napisana w latach 90., a przeznaczona dla młodzieży. Za kilka dni będzie w księgarniach. Wydaje ją Narodowy Instytut Fryderyka Chopina

razem z Triangiel Music Publishers. Makieta nie oddaje w pełni tego, co to za książka. Nie będzie ciężka, bo wybrałam inny papier - leciutki, cieńszy.

Pani decydowała?

- Tak, miałam tę cudowną możliwość. Sponsorem tego przedsięwzięcia był duży bank, to sprawiło, że o nic nie musiałam drżeć. To się rzadko zdarza; było tak, jak powinno być.

To znaczy?

- Podobno przez rok szukali ilustratora. Nie podejmowali decyzji pochopnie. Zaprosili mnie na spotkanie, zrobiłam jakieś próbki. Szczerze mówiąc, pojechałam w nich po maksie z zamiarem, że nie pójdę na żadne kompromisy. I nie musiałam. Okazało się, że szukali kogoś takiego jak ja. "Tak właśnie proszę zrobić" - usłyszałam. Nie wtrącili się w nic, przygotowałam layout. Spotkaliśmy się też z autorką, trochę pokręciła nosem i powiedziała, że Chopin nie był taki pucułowaty jak na moich rysunkach.

Odchudziła go pani?

- Trochę. Tylko w przypadku takiej współpracy - jak ktoś wie, kogo chce - mogą powstać fajne książki. Jak ktoś chce Hanulak, idzie do niej, chce Lange, to idzie do Lange, woli Ignerską, idzie do Ignerskiej. Tylko wtedy może się udać coś ciekawego.

Czy autor odgrywa jakąś rolę przy powstawaniu ilustracji?

- Żadnej. Dostaję tekst i robię do niego ilustracje. Można oczywiście rozmawiać, ale to są dwa światy. Ja wiem, jak zobrazować, a autor wie, jak napisać. Ani moje wtrącanie się w pracę pisarza, ani pisarza w to, co ja robię, nie ma sensu.

Widziałam, że oprócz "Babcia robi na drutach" Uri Orleva zajęła się pani jeszcze jedną jego książką.

- "Wandering family" to bardzo fajna książka. Zaczęłam ją, ale brakuje mi czasu, by skończyć. To historia wielkiej rodzinnej nocnej migracji z łóżka do łóżka - dzieci przenoszą się do rodziców, rodzice do babci, babcia do kota, kot do wnuczki itd itp. Bardzo zabawny, wrażliwy tekst. Uri Orlev przesłał mi też swoją inną książkę, która robi teraz furorę w Stanach - o snach, dziadku i wnuczku.

Dużo pani pracuje?

- Tylko tak się wydaje. Raptem trzy książki w roku.

Co jest pomiędzy książkami?

- Zarobkowanie, zlecenia graficzne, projektowanie. Jestem na freelansie, wcześniej pracowałam w agencji reklamowej, od dwóch lat robię książki na przemian ze zleceniami. Jest ciężko. Pojechałam dwa lata temu do Bolonii na targi książki dla dzieci, żeby nawiązać kontakty z zagranicznymi wydawcami. Udało mi się nawiązać współpracę z Editions du Rouergue, zrobiłam dla nich "Alfabet", który jesienią wyda u nas Znak. Pracowałam też dla hiszpańskiego wydawnictwa Media Vaca. To był ciekawy projekt - deklaracja praw człowieka zilustrowana pracami już istniejącymi, różnych osób. O ile sama publikacja jest skromna, o tyle towarzystwo przednie - jestem tam obok ilustratorów, których bardzo lubię m.in.: Sary Fanelli, Henninga Wagenbretha, Isabelle Vandenabeele, Franciszki Themerson.

Co pani chciałaby zrobić?

- W ramach stypendium zrobiłam "Antonimy"- słownik angielski, w którym zderzam na rozkładówkach dwa słowa typu ładny - brzydki i w niebezpośredni sposób opowiadam to obrazkiem. Nie mogę jednak znaleźć na to wydawcy - słyszę, że to taki picture book, a te u nas kiepsko się sprzedają. A przecież picture book to książka wymagająca, trzeba wysilić głowę, pogadać o niej z dzieckiem, zinterpretować. Może rodzicom się tego nie chce, a może uważają, że dzieci tego nie ogarniają. Słyszę też, że to taki rodzaj książki na raz, na jedno obejrzenie, a anegdota kończy się z zamknięciem książki. Nie mogę się z tym zgodzić, to właśnie taka książka otwiera mnóstwo interpretacji. Brakuje mi takich. Nie ograniczam się do ilustracji dziecięcej, to nie jest mój główny nurt zainteresowań. Picture book dla dorosłych - to chciałabym zrobić najbardziej. Z grupą ilustratorów od pewnego czasu przełamujemy myślenie o książkach ilustrowanych.

Ma pani poczucie misji?

- Chcemy robić to, co nam się podoba. Misji raczej w tym nie ma. Albo ktoś to kupuje, albo nie. To taka dziupelka, niszka nisz, te książki. Byłam w Bolonii na spotkaniu z agentami ilustratorów z całego świata i zastrzeliła mnie informacja, że wszyscy oni pracują jeszcze nad innymi zleceniami, że nie skupiają się tylko na ilustrowaniu książek, bo nie daliby rady z tego wyżyć. Projektują inne rzeczy, mają inne zawody, a ilustrują, bo to pozwala im oddychać. Więc ja też mogę robić inne rzeczy, ale mam wielką ochotę być też w tej dziupelce i od czasu do czasu zrobić jakąś książkę.

Co panią wkurza?

- Że nie ma pieniędzy na to, by książki wzbogacić technicznie, by nadać im lepszy, bogatszy kolor, wydrukować na lepszym papierze. Że pokutuje przekonanie, że twarda okładka to mus, szczyt szczytów, a miękka - coś gorszego. Że nie ma zabawy materiałem. Inna rzecz, i to groźna, to kompletna nieumiejętność łączenia ilustracji z typografią. Sama się na tym totalnie przejechałam, gdy do moich ilustracji typografię robił ktoś inny. Powinna obowiązywać integralność plastyczna tekstu, liternictwa i ilustracji. Cenię ilustratorów, którzy robią całość, od wyboru papieru począwszy, kiedy mają świadomość procesu poligraficznego, typograficznego. Gdy ilustrator robi tylko ilustracje, a resztę zostawia wydawnictwu, zawsze wychodzi kupa. Warto też wpaść czasem do drukarni i przyjrzeć samemu procesowi druku, to mogą być superpouczające wizyty.

Trochę ponarzekałyśmy, to teraz coś optymistycznego. A co panią cieszy?

Cieszy, że w Polsce i na świecie są wydawcy, którzy wierzą w naszą pracę i lubią nasze projekty. Mam nadzieję, że będzie ich coraz więcej.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':