O czym mogą rozmawiać warszawiacy na letnisku? O pogodzie? Temperaturze wody w rzece? Wyższości piwa z lokalnego browaru nad produktem ogólnopolskiej marki? Nie, warszawiacy na urlopie dyskutują głównie o Warszawie. Zasada jest taka, że im dalej znajdują się od swego miasta, tym bardziej zaprząta ono im głowę. Ciepły, sierpniowy wieczór, pensjonat w malowniczej miejscowości gdzieś w północno-wschodniej Polsce, letnicy gawędzą przy stole w ogrodzie. Niestety, fascynująca dyskusja o rybach i sposobach ich przyrządzania zostaje szybko zdominowana przez przybyszów ze stolicy. Letnicy z innych miejscowości muszą zagryźć zęby i słuchać w milczeniu, a to o remoncie Francuskiej ("Masakra, no mówię ci masakra, nigdzie auta nie postawisz"), a to o likwidacji Stadionu ("Słyszeliście? Znaleźli 300 podrabianych butów, ale samych prawych! Lewe skonfiskowała policja"), a to o korkach, które niechybnie czekają nas po powrocie do Warszawy.
Dziś wieczorem roztrząsamy temat Pałacu Kultury i Nauki. Jest ozdobą miasta czy je szpeci? Zburzyć go czy zostawić? Mój interlokutor z błyskiem w oku dowodzi, jakim to marnotrawstwem przestrzeni jest socrealistyczna budowla i jej otoczenie, wszak na tym miejscu można by postawić pięć takich pałaców, tylko nowoczesnych! Nieśmiało oponuję, przecież Pałac wrósł w krajobraz, stał się symbolem i atrakcją miasta, jest wreszcie jednym z niewielu w Śródmieściu miejsc użyteczności publicznej. Bez działających tam teatrów, kin, szkół wyższych trudno sobie wyobrazić życie kulturalne Warszawy. Zwolennik burzenia upiera się jednak przy swoim, trzeba zlikwidować tego zawalidrogę, mówi, odtworzyć przedwojenny bieg ulic, odbudować kamienice, niech wreszcie Warszawa ma swoje centrum jak przed laty. To może odtworzymy też slamsy na Powiślu i rynsztoki na Starym Mieście? Idźmy na całość! - ironizuję.
Tak się spieramy pod rozgwieżdżonym, sierpniowym niebem. Komary bzyczą, Narew za płotem płynie leniwie, a my stawiamy wieżowce z pudełek od zapałek i kubków, palcem po stole prowadzimy ulice. Kiedy nowe centrum Warszawy jest już jako tako gotowe, okazuje się nagle, że zostaliśmy sami. Towarzystwo chyłkiem czmychnęło do pokoi i naszej debacie przysłuchują się tylko ćmy. Oburzeni tym skandalicznym brakiem zrozumienia dla stołecznych kwestii, kontynuujemy dyskusję po świt. Ech, nikt nie pojmie warszawskiej duszy.