http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zrobić "D.O.M.E.K." dla dorosłych

Beata Kęczkowska
2010-07-18, ostatnia aktualizacja 2010-07-18 18:21

To trzecia rozmowa w cyklu wywiadów z twórcami książek dla dzieci. Tym razem Daniel Mizieliński, który wspólnie z żoną Olą projektuje okładki, książki. To oni są autorami słynnego już "D.O.M.K.U." - przewodnika po architekturze dla najmłodszych.

Jedna z jej ilustracji do
Hipopotam Studio
Jedna z jej ilustracji do "Kto kogo zjada"
ZOBACZ TAKŻE
Beata Kęczkowska: Wasza dobra passa trwa: książki, przekłady, nagrody...

Daniel Mizieliński: To dobry rok również ze względu na prestiżowe, międzynarodowe nagrody za projektowane przez nas strony internetowe, m.in. Favorite Website Awards za www.bubole.pl i za www.buszmeni.pl i European Design Awards 2010 również za www.bubole.pl.

"D.O.M.E.K." wyjdzie w Niemczech wreszcie z naszą okładką, w poprzedniej wersji na życzenie wydawcy musiała być zmieniona. I będzie w końcu po angielsku, i to u wydawcy, który jest obecny w Nowej Zelandii, Australii i Wielkiej Brytanii. Dowiedzieliśmy się też właśnie, że wyjdzie też po niderlandzku. Mieliśmy farta. "D.O.M.E.K." zrobiliśmy tuż po studiach, dostaliśmy duży kredyt zaufania. Były dwa wydawnictwa, które zareagowały - Znak i Dwie Siostry. Dla Znaku najpierw robiliśmy okładki, dziś by się pewnie ich już uzbierało całkiem sporo, kilka opracowań, typografie. Wydaliśmy też "Kto kogo zjada", a to książka, którą zrobiliśmy zaraz po studiach. I chodziliśmy z nią, pokazując wielu wydawcom.

Taka misja?

- Trochę też. Chodziliśmy, pokazywaliśmy, że chcemy, że mamy książkę. Cisnęliśmy, dzwoniliśmy. Nie posyłaliśmy mejlem, bo wiadomo, że nikt na niego nie odpowie. Owszem, słyszeliśmy, że świetna książka, ale nikt tego nie kupi. Czasem bywało komicznie. U jednego, bardzo dużego wydawcy zostaliśmy pochwaleni, że ciekawe rzeczy proponujemy, ale tego nikt nie kupi, i poproszono nas, byśmy narysowali karetę i księżniczkę. Bo na podstawie tego, co przynieśliśmy, nie wiedziano, co by tu nam ewentualnie zlecić. Dopiero jak ta kareta i księżniczka będą gotowe....

Teraz ta sytuacja się odwróciła?

- Teraz już nie pytamy i nie chodzimy. Mamy dwóch, dobrych wydawców i szykujemy niespodzianki, o których oni nawet nie wiedzą. Pokażemy je im jesienią. Ale niech mnie pani o nie nie pyta, nie opowiem, co to. Bo jakoś tak się potem dzieje, że dwa niezależnie ośrodki, dwaj autorzy, dwa studia graficzne wpadają na ten sam pomysł... To dość częste zjawisko. Chcemy takiej sytuacji uniknąć.

Jak pan ocenia to, co się dzieje na rynku książki dla dzieci?

- Jest bardzo dobrze. Owszem, gdy się jedzie za granicę na targi czy konferencję, to się może zdawać, że ten inny kraj jest superświetny i wydają same perełki. Ostatnio byliśmy w Rotterdamie na konferencji, obejrzeliśmy na niej znakomite projekty, a później poszliśmy do księgarni. I co? 90 proc. sprzedawanych w niej książek to totalna szmata. Pewnie jest u nich więcej tych fajnych książek niż u nas, licencji, przekładów, ale te beznadziejne też są. W poprzednim roku spędziliśmy wakacje w Nowym Jorku. W księgarniach, jeśli chodzi o książki dla dzieci, kompletna tragedia. Dopiero gdy przejdziemy do działu komiksy, to widzimy nieprawdopodobnie rewelacyjne rzeczy. Mnóstwo świetnych projektów, nawet dla trzy-, czteroletnich dzieci. Z książek przywieźliśmy jedną, ale okazało się, że jest kupiona od Francuzów.

Czyli nie należy mieć kompleksów?

- Nie. Nawet jadąc na targi książki dziecięcej do Bolonii, widać, jak duży procent jest tam całkowitego chłamu. U nas "D.O.M.E.K." praktycznie wyszedł bez poprawek ze strony Dwóch Sióstr. Przygotowując przekłady, mamy do czynienia z zabawnymi sytuacjami. Syrenka? To trzeba jej zasłonić piersi. Wydawca angielski o to poprosił. A Włosi chcą, żeby jedną z kobiecych postaci przerysować, bo tak, jak jest, to szowinizm i seksizm. Ma być z torebką w ręku, jak prawdziwa pani domu. Nasza ma obcisłą sukienkę i trzyma w rękach kota. Taki ogólnoświatowy lęk wydawców, że wydadzą coś, co zgorszy dzieci.... Zanim wyszło "Kto kogo zjada", w sieci pokazaliśmy okładkę. I rodzice podnieśli larum, że jak tak można, że jak ich dzieci oglądają Animal Planet i tygrys kogoś atakuje, to dzieciom się oczy zasłania, ale żeby książkę o tym robić?!

Wydawcy się boją, że jak będą gdzieś piersi, to zaraz ustawi się pochód męczennic, które powiedzą, że to przedmiotowe traktowanie kobiet. Bo przecież dzieci to nigdy kobiecej piersi nie widzą, prawda?

Może mamy, jak karmią, to też dzieciom oczy zasłaniają? Ale chciałam się poskarżyć. Przez was ciągle jakieś książki kupuję. Wrzucacie coś na swoją stronę, oglądam, podoba mi się, szukam i kupuję. Nie macie przypadkiem układu z pewnym internetowym serwisem aukcyjnym?

- My tam nie kupujemy. Mamy ambicję, żeby stare książki dla dzieci kupować za nie więcej niż złotówkę. Wczoraj np. dostaliśmy "Zaczarowanego krawca" Hanny Januszewskiej z ilustracjami Janusza Stannego za 50 groszy. Na tym serwisie aukcyjnym, o którym pani mówi, pewnie poszedłby za stówę.

Gdzie znaleźliście tę książkę?

- Najlepsze są antykwariaty na placu Wilsona. Są trzy. Jeden najbardziej uporządkowany, w nim jest drogo. Jeden z trochę mniejszym porządkiem, książki dla dzieci są u nich za dwa-trzy złote. W tym, co się trzeba najbardziej postarać, by coś znaleźć, płaci się 50 gr za sztukę. Wczoraj kupiliśmy u nich 36 książek. Większość dla dzieci. Wyrabiamy pewną normę, nie powiem. Często są to zakupy nie po to, by czytać, bo lektura zajmuje ledwie kilka minut, ale dla samej okładki, dla budowania kolekcji.

Co robicie z kolejnymi 36 książkami?

- Jest z tym pewien problem. Nasze mieszkanie ma 46 metrów kwadratowych. W zeszłym tygodniu zagospodarowaliśmy kolejną już ścianę, została nam już tylko jedna, w sypialni. Pora pomyśleć o jakimś magazynie. Część, tę najbardziej cenną, zostawimy, a reszta pójdzie na przechowanie.

Gdy czasem przeglądam te nasze książki, to ogarnia mnie irytacja. Daniel Mróz, wszyscy go kojarzą, top naszych polskich ilustratorów. Ale dlaczego nie ma jego reprintów? Dlaczego "Cyberiada" Lema nie mogłaby być wznowiona w jego opracowaniu, najlepszym, jakie było! Albo "Sherlock Holmes" z okładkami Bohdana Bocianowskiego. Rewelacyjna seria, gdzie to przepadło?!

No i współczesne rzeczy, jest już ich tyle, że trudno nadążyć. Ale Kubę Sowińskiego, który przygotował dla Znaku okładki do serii "50 książek na 50-lecie Znaku", kupujemy bez szemrania. Jego rzeczy są bardzo dobre.

Jakich książek panu u nas brakuje?

- Takich jak "D.O.M.E.K." czy "D.E.S.I.G.N.", ale dla dorosłych. Sam bardzo chciałbym je robić. Jakieś opracowania, nie beletrystykę, bo ją bardzo trudno czytać, gdy jest przedizajnowana. Chociaż da się zgrać formę z treścią, żeby nic nie było przeładowane. Wierzę jednak, że e-booki zmienią rynek. Robię w dwóch mediach, uwielbiam i jedno, i drugie. Według mnie wejście e-booków książce papierowej nie zagrozi, ale tylko rozszerzy możliwości.

Ale będzie papier i ołówki?

- Oczywiście! Wszystkie swoje rzeczy, nawet projekty stron internetowych, rozrysowuję na początku ołówkiem. Ale nie mam problemu, gdy ktoś z moich studentów zaproponuje mi coś zrobionego wyłącznie na komputerze. To takie samo narzędzie. Podobnie jak ołówkiem też potrzeba kilku lat, by się nauczyć nim posługiwać.

Aleksandra i Daniel Mizieliński, czyli Hipopotam Studio, zajmują się projektowaniem książek i stron internetowych. Na półkach z książkami zabłysnęli "D.O.M.K.I.E.M." (wyd. Dwie Siostry 2008), jedynym w swoim rodzaju przewodnikiem po najciekawszych przykładach współczesnych domów. Narysowali "D.E.S. I.G.N." (wyd. Dwie Siostry, teksty Ewa Solarz). Ostatnio wydali też m.in. "Miasteczko Mamoko" (wyd. Dwie Siostry 2010) i "Kto kogo zjada" (wyd. Znak 2010).

Daniel Mizieliński jest asystentem prof. Macieja Buszewicza w pracowni projektowania książki na Wydziale Grafiki ASP.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Policjanci chorują nam na potęgę

MSWiA przyznaje, że w okresie absencji chorobowej "podejmowana jest praca zarobkowa". Nikt tego jednak nie może sprawdzić

Dlaczego władza milczy?

Ultraprawicowe podziemie rośnie z roku na rok. Ataków jest coraz więcej i są coraz lepiej zorganizowane. A władza w najlepszym razie przysyła policjantów - pisze Jacek Żakowski