"Dziennik Gazeta Prawna" opublikował aż osiem recenzji książki, jakby redakcja nie wierzyła, że wystarczy jedna, aby przedstawić we właściwym świetle tę niebezpieczną, szkodliwą pozycję. Zmobilizowano wszystkich: redaktorów pism branżowych, teatrologów, recenzentów gazet codziennych oraz tygodników. Nawet Jacek Sieradzki, naczelny "Dialogu", który w ostatnich czasach skąpił nam swojej twórczości, odkurzył klawiaturę i wystukał miażdżący tekst.
Jak to bywa w ferworze walki, bitewny szał odebrał recenzentom zdolność myślenia i miejsce argumentów zajęły emocje. Książka, napisana przez grupę młodych teatrologów i dziennikarzy, opowiadająca z ich perspektywy o przełomie w polskim teatrze, narodzinach nowego języka, estetyki i problematyki, została oskarżona o: szerzenie ideologii, publicystykę, tendencyjność, jątrzenie środowiska, "zrywanie ciągłości procesu teatralnego" (sic!), bezczelne mitotwórstwo tudzież nonszalancję. Nazwano ją "raportem oficera propagandowego" i "propagandową agitką", a autorów określono "miernotami i grafomanami". Jedyną poważną, merytoryczną recenzję napisał Łukasz Drewniak - wytknął książce błędy i opuszczenia, za które jako redaktor ponoszę pełną odpowiedzialność. Inni dali upust emocjom, jak Tomasz Mościcki, który z właściwą sobie subtelnością porównał "Wątrobę" z gadzinową prasą wychodzącą pod okupacją niemiecką. Autor ten już wcześniej sięgał w dyskusjach teatralnych po bejsbola, porównując nowy teatr do socrealizmu, tym razem wziął do ręki łom, i to zardzewiały. Niech ktoś mu go odbierze, bo biedaczek jeszcze zrobi sobie krzywdę.
Osobiście najbardziej rozczuliła mnie recenzja prof. Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej. Pani profesor nie mogła się nadziwić, dlaczego nowy teatr przyciąga z taką siłą młode pokolenie, które "pochodzi przecież z dobrych mieszczańskich rodzin, jest dobrze wychowane i wykształcone, przestrzega kindersztuby, nie obnaża się publicznie, nie klnie...". Sam się dziwię, dlaczego ci wszyscy dobrze wychowani chłopcy i dobrze ułożone dziewczynki wybierają TR Warszawa i Nowy Teatr, zamiast grzecznie w parach chodzić na Karasia do Polskiego. Podejrzewam, że kindersztuba już im nie wystarcza.
Polemizować z recenzentami "Dziennika Gazety Prawnej" nie będę, bo nie ma sensu polemika z uczuciami. Mam natomiast dla nich przyjacielską radę: zamiast się żołądkować, niech ułożą sami słownik teatru, z którym się utożsamiają. Mam nawet stosowny tytuł dla takiej publikacji - "Woreczek żółciowy". Zróbcie to lepiej, wtedy pogadamy.