"Pampilio" wydany przez Wytwórnię otrzymał przyznawaną przez Ministerstwo Kultury dotację dla ratowania książek skazanych na zapomnienie, czyli niszowych. W pochodzącej ze snu szacie graficznej, jaką obdarzyła go Monika Hanulak, skazany został na sukces
Beata Kęczkowska: Często śnią się pani książki?
Monika Hanulak: Bez przerwy. Miewam sny z białymi krukami, które ratuję przed powodzią, albo takie, że lecę balonem nad lasem, a wszędzie leżą stosy starych książek z antykwariatu, których ktoś się pozbył. Ląduję na tych książkach i ładuję do balonu.
Ilustracje do "Pampilio" Ireny Tuwim też mi się przyśniły. W moim śnie stały postacie ludzkie ze zwierzęcymi głowami i rozmawiały ze sobą. Książka miała trzy wersje - każda inna. Była już prawie skończona i w półtora tygodnia tak naprawdę zmieniłam wszystkie ilustracje, bazując tylko na poprzedniej wersji.
Przed dwoma laty "Tuwim" - wybór wierszy wydany przez Wytwórnię i zilustrowany przez siedem graficzek, również panią - otrzymał prestiżowe wyróżnienie Bologna Ragazzi Award. Trochę panie nim namieszałyście.
- "Tuwim" ładnie został odebrany właśnie we Włoszech. Ciągle mamy dużo sygnałów, że się podoba. Ale nie płyną same komplementy. Zbieramy też za niego cięgi. Wystarczy posłuchać tego, co mówią ludzie na targach. O dziwo, krytykowane są i moje ilustracje, choć wydawało mi się, że są spokojne, "trafiające w gusta". Nie mam złudzeń, takie książki są dla odbiorcy elitarnego, przeciętnemu mniej się podobają.
Ale nie będziemy narzekać?
- Oczywiście, że nie. Robię teraz na przykład projekt dla Rouergue'a, francuskiego wydawcy. Będą to "Trzy misie".
Mam też więcej pracy na uczelni, ale próbuję się nieco od niej uwolnić, żeby zająć się książką, bo to mnie najbardziej kręci. Ostatnio pracowałam przy filmie animowanym. To był dla mnie sprawdzian z pracy w zespole.
No i "Pampilio"
- Zrobiłam go po swojemu. Magda, szefowa Wytwórni, nie wtrącała się. Obdarzyła mnie zaufaniem. Miałam wolną rękę, jeśli chodzi o wybór papieru i kolorów.
Czy stare wydanie z ilustracjami Ignacego Witza nie przeszkadzało pani?
- Nie pamiętałam tej książki z dzieciństwa. Nie miałam więc obciążenia, że dotykam jakiegoś pomnika, który za chwilę się rozleci, a ja się do tego przyczynię, bo właśnie podłożyłam ładunek. Zetknęłam się z tą książką kilka lat temu, kupując ją do moich zbiorów. Mam spore archiwum książek dla dzieci, zagranicznych i polskich, od lat 50-tych. Jest w nim 1500 książek popakowanych w pudłach. Nawet ich nie rozpakowuję. Nie chcę, żeby się kurzyły, nie mam na to półek.
Kupuje pani nadal?
- Nie. Opanowałam tego potwora.
Jak to się pani udało?!
- Zadziałały wyrzuty sumienia. Moje książki to nie białe kruki, cenne na rynku antykwarycznym, nie mają wielkiej wartości, ale ich zebranie pochłonęło mnóstwo pieniędzy. Czasem ogarnia mnie zniechęcenie, gdy zaglądam do któregokolwiek z tych pudeł, bo jedno pudło to cały dzień oglądania Mam je. Jestem posiadaczką. Kartony bardzo skrupulatnie opisałam, czasami coś z nich wyciągam, by pokazać studentom.
Co się zmieniło na rynku książek dla dzieci w ostatnich latach?
- Cztery lata temu wydałam "Smonię". Okazała się czymś nowym. Nastąpiło prawdziwe bombardowanie informacjami o niej
nawet w pismach kobiecych.
- Właśnie. A to przecież u nas rzadkie, by poświęcać czas i miejsce książce dla dzieci. Strasznie mnie to wtedy zdziwiło. Bo oczywiście zrobiłam książkę, a to cieszy. Jest jak ciasteczko świeże i pięknie wypieczone. Ale nie spodziewałam się, że "Smonia" zrobi karierę. Nawet telewizyjną. Kora Jackowska czytała ją w "Bajkonurze", omówiona została w "Łosskocie". Ale nie tylko ją chwalono. Znalazłam też jedną recenzję, że jest depresyjna i przygnębiająca oraz bura
Mam wrażenie, że w ostatnich latach rynek wydawnictw lilipucich się rozbudował, że pojawia się tyle fajnych rzeczy, że w tej chwili ciężej zabłysnąć, wrzucić coś, co wywoła zamieszanie. Podniósł się też na plus poziom wydawanych książek. Pojawiło się wiele nowych talentów w środowisku.
Kogo pani obserwuje uważniej spośród młodych ilustratorów?
- Agatę Dudek. Rozwija się bardzo dynamicznie. Robi dyplom w mojej pracowni, bardzo samodzielnie, niewiele z nią trzeba pracować. Jest jeszcze parę osób, których nie widać, ale coś na pewno wkrótce pokażą, o ile nie zniechęcą się tym, że na wydanie książki trzeba poczekać dwa-trzy lata.
Co ważniejsze, tekst czy ilustracje?
- W książkach dla dzieci to równoważne. Dobra książka to taka, w której tekst jest zastanawiający, ciekawy, filozoficzny, intrygujący, a ilustracja niebanalna. Ale w tzw. książkach ilustrowanych, albumach jednak stawiałabym na obraz. Żałuję, że u nas nie ma trendu robienia książek, w których narracja byłaby zbudowana tylko obrazem. We Francji to bardzo popularne książki. Wydałam tam "C'etait un crocodile. Petite histoire de l'evolution". Fajnie jest uczyć dziecko opowiadać historię na podstawie obrazu. Podsuwa mu się rebus do odgadnięcia i trzeba się trochę nagłówkować, podążać za obrazem, odnaleźć pewną konsekwencję. To fajna gimnastyka dla głowy, dziwię się, że u nas wydawcy bronią się rękami i nogami przed takimi książkami, bo musi to być tekst i najlepiej, żeby był klasyczny albo uznany. Tuwim, Brzechwa - pewniak. Musi mieć morał albo być dydaktyczny.
Czyj tekst chciałaby pani zilustrować?
- Mam kilkadziesiąt pomysłów na książki, ale przez to, że lista rośnie, a ja tego nie realizuję, po jakimś czasie to mnie zniechęca, że cała para idzie w wymyślanie i projektowanie, a nie w samą realizację. Ale od dawna chodzi mi po głowie projekt powiązany z moim doktoratem - powrót do braci Grimm, ale do tej pierwotnej wersji, bez tych wszystkich unowocześnień, złagodzeń i osłodzeń, którym są poddawane ich teksty. Jest mi bliskie przekonanie, że skoro jakaś historia od setek lat była przekazywana w niezmienionej niemal formie, to jest w niej jakaś siła, której nie wolno lekceważyć.
Ostatnio rozmawiałam ze znajomymi, jakie baśnie braci Grimm lubią. Bezradnie rozkładali ręce: "Calineczka" to Andersen, "Królowa śniegu" też. Nie przychodzi nam do głowy, że np. "Trzy świnki", "Kopciuszek", wszystkie hity, które znamy z Disneya, to właśnie bracia Grimm. Niby powszechnie je znamy, ale nie orientujemy się, że to oni. Chciałabym zrobić serię książek z dziesięcioma najważniejszymi baśniami Grimmów, z nowoczesną grafiką i żeby ilustracja nie była łatwa, lekka i przyjemna. Rezygnując czasem z atrakcyjności wizualnej, kolorystycznych fajerwerków na rzecz zagadki. Do osiemdziesiątki może się uda...
Monika Hanulak - narysowała m.in. "Rzepkę", "Kotka", "Bambo", "Pana Tralalińskiego" i "Figielka". Jest asystentką prof. Zygmunta Januszewskiego w Pracowni Ilustracji ASP. Współpracowała z firmą Endo, brała udział w licznych wystawach. Wydała dwie własne książki - "Smonię" (wyd. Wytwórnia 2006) i "C'etait un crocodile. Petite histoire de l'evolution" (wyd. Lirabelle 2007). Jest jedną z ilustratorek "Tuwima" (wyd. Wytwórnia 2008), spod jej ręki wyszły ilustracje do "Debaty filozoficznej Królika z Dudkiem o Sprawiedliwości" Leszka Kołakowskiego. Przy pracy nad nimi nie omieszkała skorzystać z szachowych konsultacji swojego taty Antoniego Hanulaka. Ilustracje do "Pampilia" powstały w kilka tygodni.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna