Polska Agencja Prasowa poinformowała w ubiegłym tygodniu o spotkaniu marszałka Sejmu i kandydata na prezydenta Bronisława Komorowskiego z "artystami reprezentującymi polskie teatry". W pierwszej chwili ucieszyłem się, że polityk, który dotąd nie słynął z uczestnictwa w życiu kulturalnym, w końcu docenił znaczenie kultury. W końcu to przecież przyszły prezydent będzie podpisywał przygotowywane obecnie ustawy reformujące życie kulturalne, które wzbudzają tyle sporów i kontrowersji. Niestety, relacja ze spotkania rozczarowała mnie i to podwójnie. Otóż polskie teatry reprezentowało raptem pięciu aktorów i jeden reżyser - trochę mało, aby używać słowa "reprezentacja". To, że Komorowski nie spotkał się z jedną z wielkich społecznych inicjatyw powstałych po zeszłorocznym Kongresie Kultury, takich jak Obywatelskie Forum Teatru Współczesnego czy Obywatele Kultury, które rzeczywiście reprezentują środowiska artystyczne i mają autentyczny mandat do rozmów z politykami, wystawia kiepskie świadectwo jego doradcom.
Drugim rozczarowaniem były wypowiedzi Komorowskiego, z których wynika, że nie ma on przemyślanej propozycji dla środowisk kultury i unika jednoznacznych deklaracji. Z jednej strony marszałek uznał za słuszny postulat zwiększenia nakładów państwa na kulturę do 1 procentu budżetu, z drugiej strony stwierdził, że pieniędzy na kulturę jest więcej, bo trzeba dodać dotacje samorządów i Unii Europejskiej. Wiemy, że kreatywna księgowość działa cuda, nie zmienia to jednak faktu, że w Polsce poziom wydatków publicznych na kulturę jest żenująco niski w porównaniu z Europą, gdzie sięga 3-4 procent budżetu. I marszałek, jeśli chce zdobyć poparcie twórców i odbiorców kultury, powinien jasno deklarować poparcie dla zmian, zamiast powtarzać argumenty przeciwników akcji "1 procent na kulturę".
Mój niepokój wzbudziły też wypowiedzi niektórych "reprezentantów", bo jeśli trafią na podatny grunt ignorancji, to po wyborach prezydenckich możemy rzeczywiście obudzić się w innym świecie. Tomasz Karolak, aktor i dyrektor prywatnego Teatru Imka, wysunął śmiałą tezę, że o finansowaniu kultury powinien rozstrzygać rynek, a teatry należy oceniać według "sprzedaży biletów i liczby widzów". Z kolei Krzysztof Stelmaszyk, aktor Teatru Narodowego, domagał się, aby marszałek Komorowski przyprowadził "Balcerowicza polskiego teatru", który dokonałby "restrukturyzacji polskiej kultury". Stelmaszyk najwyraźniej nie czytał wywiadu Leszka Balcerowicza dla "Gazety", w którym były minister finansów skrytykował dotowanie teatrów jako "finansowanie konsumpcji bogatych z pieniędzy biednych". Pierwszą decyzją "drugiego Balcerowicza" byłoby odebranie 23-milionowej dotacji Teatrowi Narodowemu, w którym pan Stelmaszyk występuje. Jestem ciekaw, czy wtedy aktor z równym zapałem domagałby się "restrukturyzacji polskiej kultury".
Na liście wpadek Komorowskiego ostatnie spotkanie z artystami nie jest może największą kompromitacją, ale zostanie z pewnością w pamięci jako jedno z mniej udanych. Jeśli marszałek chce rzeczywiście zdobyć głosy ludzi kultury, musi się bardziej starać. Czasu zostało niewiele.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna