- To święto wymiany myśli i towarów, dzień kreatywności - mówi Redbad Klijnstra, aktor i reżyser, pomysłodawca festynu "O Holender". W sobotę na ulicy Kubusia Puchatka trzecia edycja imprezy, która w swoich założeniach nawiązuje do holenderskiego Dnia Królowej. Przyjedzie oryginalna trzymetrowa holenderska katarynka, będą warsztaty malowania kafli, tradycyjne gry holenderskie, teatrzyk kukiełkowy i specjały z Amsterdamu. Każdy może spróbować swoich sił np. zaśpiewać na otwartym podium. W zeszłym roku na "O Holender" przyszło ponad 3 tysiące ludzi, a Redbad Klijnstra był naszym nominowanym do nagrody "Stołek Roku".
Rozmowa z Redbadem Klijnstrą, pomysłodawcą i współorganizatorem festynu „O Holender!”
Dorota Wyżyńska: Jakie wnioski wyciągnęliście po poprzedniej edycji?
Redbad Klijnstra: Nie musieliśmy ich wyciągać, nie zdążyliśmy, bo od razu po festynie dostaliśmy mnóstwo uwag, opinii, petycji od gości "O Holendra".
Czego żądali?
- Abyśmy obiecali im, że w przyszłym roku będzie kolejna edycja. Wiele osób dziękowało, bo właśnie na naszym festynie poznało wreszcie swoich sąsiadów. Mijali się na ulicy przez wiele lat, a dzięki "O Holendrowi" zaczęli się spotykać, przyjaźnić. A nasze wnioski? W zeszłym roku polegliśmy na części gastronomicznej. W pewnym momencie zabrakło wielu holenderskich potraw. Nie spodziewaliśmy się aż takiej frekwencji. Dwa lata temu na naszym festynie było nie więcej niż 60-70 osób. Zakładaliśmy, że mamy szansę na blisko 600 osób. A przez cały dzień przewinęło się podobno ponad 3 tys.
Jak "O Holendra" przyjęli mieszkający w Warszawie Holendrzy?
- Byli autentycznie wzruszeni. Okazuje się, że wiele holenderskich rodzin mieszkających w Polsce też - tak jak ja - tęskniło za Dniem Królowej. Za tą specyficzną atmosferą społecznej kreatywności. Próbowali dać swoim dzieciom choć namiastkę tej imprezy, organizując uroczystości np. w prywatnych ogródkach. Ale to nie to samo. Ten festyn, aby choć trochę przypominał holenderskie święto, musi się odbywać w otwartej przestrzeni publicznej.
Bo przypomnijmy, na czym polega fenomen Dnia Królowej w Holandii.
- Co roku 30 kwietnia w Holandii odbywa się wielkie uliczne święto. W Dniu Królowej tłumy ludzi rozkładają prowizoryczne stoiska z domowymi wypiekami, starociami. Tego jednego dnia nie obowiązuje zakaz handlu ulicznego. Niektórzy już w nocy zaznaczają kredą na ulicy swoje terytorium. Kto pierwszy, ten lepszy. Każdy musi dobrze się zastanowić, w której części miasta jego towary, występy czy gry będą cieszyły się największym zainteresowaniem. Tej przedsiębiorczości uczy się w Holandii od dziecka. Tego dnia ujawniają się ukryte talenty też u dorosłych. Przed dom wychodzi ktoś, kto na co dzień gra po godzinach na saksofonie, i teraz występuje. Od razu jest zweryfikowany. Rzucą mu guldena albo nie. To jednocześnie dobry sposób na integrowanie dzielnicy, ulicy. Myślę, że tu dla Warszawy, która jest tak pokiereszowana przez wojnę - moim zdaniem to widać - dla Warszawy, w której brakuje naturalnego centrum, bo nie jest nim na pewno rynek na Starym Mieście, taka energia jest potrzebna.
Jakie nowości przewidujecie w tym roku?
- Zastanawialiśmy się nad tym, ale miałem konserwatywne podejście. Zróbmy to samo, ale lepiej. Będzie więcej warsztatów, zabaw, wydarzeń. Mamy dużo więcej zgłoszeń od tych, którzy chcą "zadziałać" na naszej imprezie. Bo chcemy zbliżyć charakter naszego festynu do takiego, jaki ma holenderski Dzień Królowej. Jest to impreza tworzona przez ludzi, taki festyn społecznościowy. Organizator jest tylko po to, aby ramowo zorganizować przestrzeń. A to ludzie, ich pomysły, energia, zaangażowanie wypełniają ten dzień. Każdy może spełnić swoje marzenia.
Ty też spełniasz swoje marzenia?
- Udało mi się zaprosić rodzinny (12-osobowy) zespół bębniarski z Holandii - Kabaal (czyli hałas). W Holandii jest taki zwyczaj, że niezależnie o tego, czym zajmują się poszczególni członkowie rodziny, na Dzień Królowej jeden projekt przygotowują wspólnie. Przyjedzie też oryginalna holenderska katarynka. jest ogromna - ma 3 metry wysokości i jedzie na specjalnej lawecie. Cieszę się tym bardziej, że ostatnio holenderska prasa rozpisywała się o tym, że nie udało się pokazać katarynki w Norwegii. Organizatorzy tamtejszego festiwalu odmówili, tłumacząc, że jest za duża, za ciężka (bo jest bardzo ciężka) i za delikatna. A teraz w Holandii pojawił się artykuł: "Nasza katarynka mile widziana w Polsce". Właściciele tej katarynki z własnej inicjatywy zaproponowali, że przywiozą do Warszawy też olbrzymiego chodaka.
I co z tym chodakiem?
- To jest atrakcja - jak miś zakopiański - można przy nim zrobić sobie malownicze zdjęcia.
Czego nie można przegapić?
- Malowania kafelków holenderski, trzech dojnych krów, kiermaszu zabawek dziecięcych oraz polskich artystów plastyków, którzy zgodnie z naszą ideą będą prowadzić warsztaty dla dzieci. Księgarnia Czuły Barbarzyńca otworzy specjalną jednodniową księgarnię, w której można będzie znaleźć różne pozycje literatury holenderskiej, te tłumaczone na polski. Z racji moich teatralnych zainteresowań ubolewam, że nie mamy w Polsce takiego odruchu występów w plenerze. Nie ma u nas zbyt wielkiej tradycji teatrów ulicznych. Mimo to przewidujemy na pikniku podium - scenę, na której każdy będzie mógł wystąpić. Oczywiście bez dużego nagłośnienia. Musimy pamiętać o sąsiadach. Kilka osób już się zapisało. Tego dnia do Warszawy przyjedzie jazzowa trębaczka holenderska Saskia Laroo, wspaniała artystka o międzynarodowej sławie, każdego swojego maila kończy hasłem: "Kocham Poland". Przyjedzie dać koncert w sobotę wieczorem w Centralnym Basenie Artystycznym, ale kiedy dowiedziała się o naszym pikniku, zaproponowała, że w ciągu dnia wystąpi na otwartym podium. Zaprasza, żeby warszawiacy przyszli ze swoimi instrumentami i się podłączyli do jazzowego jamu. Zobaczymy, co się wydarzy.
Będzie wreszcie sporo wydarzeń dla dzieci. Od tradycyjnych gier po teatrzyk kukiełkowy. W zeszłym roku polskie dzieci bardzo szybko się tu odnalazły.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna