Mam dla państwa arcyniemiłą wiadomość: rewolucja przeciwko paleniu, którą niedawno zapowiadałem, skończyła się klapą. Chciałem zaśpiewać palaczom "Pet to jest wasz ostatni", jednak z Wiejskiej rozległo się chóralne "Nie damy peta, skąd nasz ród". Zaśpiewało je 217 posłów Platformy i Lewicy, którzy pod naciskiem nikotynowego lobby złagodzili ustawę antynikotynową do tego stopnia, że straciła sens. O tym, czy wolno palić, będą decydować teraz sami właściciele knajp. W większych lokalach mogą urządzać sale dla palących, ale nie ustalono żadnych norm technicznych, w związku z czym dym będzie nadal krążył, gdzie chce. Z miejsc publicznych zakazano palenia m.in. na przystankach autobusowych oraz na plaży. W ten sposób Sejm pokazał, gdzie jest moje miejsce.
Najbardziej oburzająca jest w tym wszystkim hipokryzja przeciwników zakazu, którzy stroją się w szaty obrońców wolności. Jarosław Katulski (PO) - autor poprawki, a raczej "popsuwki", która zamiast poprawić, zepsuła ustawę - tłumaczył, że wprowadzanie zakazu palenia w restauracji czy pubie byłoby złamaniem swobód gospodarczych i obywatelskich. "Przecież - dowodził - jest wiele lokali wolnych od dymu tytoniowego. Można więc wybrać". Wiceszef komisji zdrowia Damian (nomen omen) Raczkowski (PO) twierdził natomiast, że zakaz mógłby doprowadzić do bankructw lokali i masowych zwolnień.
Są to argumenty bałamutne i kłamliwe. Knajp całkowicie wolnych od dymu jest tyle, co kot napłakał, więc mówienie w tym kontekście o wyborze jest bezczelnością. Równie dobrze moglibyśmy mówić o swobodnym wyborze odzieży niepochodzącej z Chin. Różnica jest taka, że chińskie majtki nie zabijają, a palenie, i owszem. Co do upadku gastronomii, którym straszą posłowie - nie ma on pokrycia w faktach. Wszędzie, gdzie wprowadzono restrykcyjne zakazy palenia (m.in. w Norwegii, Wielkiej Brytanii, Irlandii) liczba klientów wzrosła, bo do pubów zaczęli chodzić niepalący, których jest z zasady więcej. Liczenie na mądrość knajpiarzy jest naiwnością: w Hiszpanii, gdzie również pozostawiono im wybór, w 90 proc. restauracji nadal się pali.
Tu nie chodzi o żadną wolność, ale o warty 24 mld zł rynek tytoniowy, z którego czerpią profity koncerny tytoniowe, sprzedawcy i państwo. Zakaz oznaczałby jego zmniejszenie o 360 mln zł. Mam pretensje do rządzącej partii noszącej miano "obywatelskiej", która ponad prawo obywateli do życia w zdrowym środowisku przedkłada prawo koncernów tytoniowych do zarabiania na śmierci. Przypomnijmy: 50 tys. Polaków umiera rocznie od chorób związanych z paleniem, 2 tys. z nich to bierni palacze. Mógłbym jeszcze długo dowcipkować na temat palenia i jego zgubnych skutków, ale od kilku dni naprawdę nie jest mi do śmiechu.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna