http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zwały śniegu na duchowych Karaibach

Rozmawiał Remigiusz Grzela
2010-02-17, ostatnia aktualizacja 2010-02-17 23:10

- Tańczę z tematem. Po czym upuszczam go, temat rozbija się w drobny mak, a potem ze swoimi aktorami, muzykami staram się go poskładać na nowo - mówi Włodzimierz Staniewski.

Włodzimierz Staniewski w Gazeta Cafe
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
Włodzimierz Staniewski w Gazeta Cafe
ZOBACZ TAKŻE
Twórca teatru w Gardzienicach - jednej z najważniejszych niezależnych grup teatralnych, która być może będzie miała wkrótce stałą rezydencję w Warszawie - był w poniedziałek gościem spotkania w cyklu "Film, muzyka, teatr w Gazeta Café" w naszej redakcyjnej klubokawiarni. Oto fragmenty rozmowy.





Remigiusz Grzela: W jednym ze swoich tekstów Andrzej Stasiuk napisał, że Gardzienice to duchowe Karaiby.

Włodzimierz Staniewski: Książki Andrzeja Stasiuka zawsze podszyte są ironią. Nie wiem, co chciał powiedzieć. Andrzej przyjaźni się z Gardzienicami, jest nam oddany. To, co robimy, traktuje z wielką estymą. Powiedział mi nawet, że gdybyśmy rozpoczęli działalność rezydencjalną na Pradze, to on w to wchodzi. Uprzedziłem go, że to będzie przedsięwzięcie, które będzie miało dwa płuca, czyli zachowana zostanie nasza działalność w Gardzienicach i uruchomiona zostanie druga, w Warszawie. Tutaj moglibyśmy robić festiwale i pokazywać wszystkie nasze osiągnięcia szerszej publiczności.

I też Andrzej Stasiuk namawiał pana kiedyś w swoim tekście w "Tygodniku Powszechnym": "Staniewski, zostaw ty tę swoją Grecję, te swoje wielkiej śliczności mity. Zrób rzecz o Gardzienicach. Nie o teatrze, ale o tych prawdziwych, w które jesteś uwikłany. Gardzienice jako wielki mityczny OBCY". Co pan na to?

- Mam poczucie, że nieustannie zajmujemy się tym tematem, właśnie tematem OBCEGO.

Kiedy trafił pan do wsi Gardzienice pod Lublinem, była zima stulecia. Zaspy podobne do tych, które widzimy dzisiaj?

- Zima stulecia była doświadczeniem pamiętnym, jednym z tych, które bardzo mocno kojarzą się z komunizmem. Poprzez znaki łatwo odtworzyć sobie atmosferę tamtych czasów. Tegoroczna zima, również w Gardzienicach, jest pierwszą podobną do tej z 1978 roku, choćby ze względu na dwu- i trzymetrowe zwały śniegu. Tamtej zimy nie sposób było do Gardzienic dostać się inaczej niż saniami poprzez pola, drogi były tak zawalone śniegiem. Jednak coś się zmieniło, bo mnie się dzisiaj udało dojechać samochodem z Gardzienic do Warszawy. Gdyby jakoś to zmetaforyzować i połączyć klamrą tamte czasy z dzisiejszymi, to chciałbym powiedzieć, że mam nadzieję, że nie wraca nowe.

No właśnie, w jednym z wywiadów powiedział pan, że nasza mentalność się zmieniła na gorsze. Czy dziś trudniej robi się teatr w Gardzienicach?

- Kiedy się wchodzi w nowe środowisko, jedną z najciekawszych misji teatru jest szukanie swoich wśród obcych. To pewien rodzaj powinności, która powoduje, że ludzie różnych stanów, różnego wykształcenia, różnych wrażliwości mogą się fantastycznie rozumieć i czuć w miejscu obrządku teatralnego, uroczystości, rytuału.

Jak więc się zmieniała mentalność?

- Prof. Zbigniew Osiński, kiedyś wielki orędownik pracy Gardzienic, a potem jej wielki przeciwnik, uważał, że my nigdy nie stworzymy dzieła artystycznego, ponieważ nasza działalność uruchamia czy moderuje mentalność społeczną, emocje społeczne. Kiedyś Włodzimierz Pawluczuk, przy okazji naszego pobytu w Kruszynianach, w okolicach, gdzie mieszkają Tatarzy polscy, napisał wspaniały esej o tym, że dzięki naszym zgromadzeniom ci, którzy byli rozwodnikami, z powrotem się żenili, ci, którzy byli pokłóceni, z powrotem się godzili, a ci, którzy pili, przestawali pić. No więc czy to jest ciągle działalność teatralna, czy to tylko sztuczki powodujące, że ludzie przynajmniej na jakiś czas żyją, są ze sobą w większym pojednaniu. I teraz, jak się czasy zmieniły? Brr, zmieniły się. Następuje dramatyczny proces reindentyfikacji, odzyskiwania tożsamości. Ludzie, którzy dawniej, w latach 70., żyli np. w małych społecznościach wiejskich, tak naprawdę nie mieli poczucia wspólnoty, którą łączą autentyczne korzenie i własna tradycja oprócz tych narzuconych sztamp, czyli np. cepeliowatego przyuczania ich do tego, co jest tradycją ludową z punktu widzenia instruktora wojewódzkiego domu kultury. Teraz ludzie próbują odzyskać tożsamość poprzez usamorządowienie. To proces bolesny, bo czasami prowadzi do potwornych wynaturzeń. Wszystko identyfikuje się przez pryzmat własnego podwórka, własnej wyobraźni, która niekoniecznie jest wyobraźnią szeroką, przez pryzmat proboszcza albo przez rozpaczliwą próbę unowocześnienia i wzbogacenia swojego siermiężnego i bardzo biednego, i prymitywnego życia. W tym kontekście teatrowi, który myśli kategoriami sztuki wysokiej, niełatwo się odnaleźć, żeby nie traktowano go jak stada niebieskich ptaków.

Ujmując to skrótowo: lokalna społeczność prawdopodobnie chciałaby, żebyśmy byli wiejskim czy gminnym ośrodkiem kultury. Tak dawniej nie było. O dziwo, paradoksalnie to porozumienie między kreowaniem tzw. kultury wysokiej a tzw. kultury niskiej działało na poziomie narracji baśniowej, metaforycznej, poetyckiej i bardzo dobrze funkcjonowało. Dzisiaj to wszystko sięga poziomu trywialnej pragmatyki.

Np. od lat jestem namawiany w Gardzienicach, w Rybczewicach, w Piaskach, w okolicznych wsiach do robienia czegoś dla dzieci, bo są potwornie zaniedbane. Nie mogę tego zrobić, bo to byłaby praca na całe życie. Praca z dzieckiem to jest obowiązek na przynajmniej 10 czy 15 lat. Trzeba doprowadzić do momentu, aż wyjdzie z głębokiej prowincji w świat.

Nazywa pan to "trywialną pragmatyką", ale przecież półtora roku temu namalowano wam szubienicę z napisem: "Jude raus". W filmie "Ifigenia w A..." aktorzy Gardzienic opowiadają o atakach na nich, o agresji niektórych mieszkańców wsi. Jedna z aktorek mówi, że jej narzeczony, który ma dredloki, zaczął chodzić na siłownię, żeby móc się bronić. I to wszystko po trzydziestoletniej waszej działalności tam, jakbyście pozostali obcymi.

- To jest właśnie bolesny proces reidentyfikacji, który następuje u wspólnot. Odzywają się stereotypy. Zresztą to nie pierwszy raz, myśmy mieli takich sytuacji mnóstwo. W latach 90. ktoś wymyślił, że w kompleksie podworskim, którego część zajmujemy, zainstaluje się najważniejszy i największy na ścianie wschodniej ośrodek policyjny do szkolenia współczesnych golędziniaków.

Aktorzy i policjanci?

- Dokładnie. Komendant wojewódzki policji mówi: - No przecież nie ma sprawy, ośrodek będzie otoczony siatką z drutu kolczastego. Zapytany, jak będą tam wchodzić aktorzy, odpowiedział: - No, przy pomocy przepustek. - A publiczność? - No, też przy pomocy przepustek. Zrobiła się afera i chociaż procedury w MSW były już bardzo zaawansowane, policja się z tego wycofała. W czasach kiedy Samoobrona robiła blokady na drodze w Piaskach - to droga międzynarodowa na Ukrainę - głównym punktem działalności rozrywkowej na blokadach było układanie wierszyków przeciw teatrowi. Słano je nawet do gazet. Więc znów byliśmy obiektem zastępczym, projekcją różnych niechęci. W momencie, kiedy Polskie Stronnictwo Ludowe, w swoim złym okresie, było bardzo niechętne naszej obecności, głównym programem wyborczym jednego z kandydatów na posłów była akcja przeciwko teatrowi. To już po zmianie systemu.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Policjanci chorują nam na potęgę

MSWiA przyznaje, że w okresie absencji chorobowej "podejmowana jest praca zarobkowa". Nikt tego jednak nie może sprawdzić

Dlaczego władza milczy?

Ultraprawicowe podziemie rośnie z roku na rok. Ataków jest coraz więcej i są coraz lepiej zorganizowane. A władza w najlepszym razie przysyła policjantów - pisze Jacek Żakowski