http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pan od magicznych filmów

Rozmawiała Beata Kęczkowska
2009-08-19, ostatnia aktualizacja 2009-08-19 18:01

Przed nami wydarzenie - premiera filmu dla młodych widzów "Magiczne drzewo". Poprzedza ją wydanie książki. Ich twórca Andrzej Maleszka to wybitny reżyser dla dzieci doceniany na całym świecie


Siedmioodcinkowy cykl filmowy dla młodych widzów "Magiczne drzewo" Andrzeja Maleszki to fenomen. Gościł na ekranach telewizji od Europy po Amerykę Południową. Reżyser otrzymał Emmy Award, "telewizyjnego Oscara", jedną z najbardziej prestiżowych nagród w tej dziedzinie. We wrześniu na ekranach pojawi się wersja kinowa, oparta na nowym scenariuszu. To bez wątpienia jeden z najważniejszych filmów polskich tego roku. Ze znakomitą obsadą - dziecięcą i dorosłą (m.in. Agnieszka Grochowska i Andrzej Chyra), zrobiony z rozmachem, pełen efektów specjalnych, trzymający w napięciu, mądry, zabawny. Już na pierwszym warszawskim przedpremierowym pokazie w Cinema City w Galerii Mokotów widać było, jak znakomicie odbierany jest przez dzieci, które nawet podczas projekcji nie mogły powstrzymać się od gorących komentarzy.

Mimo zacnej przeszłości obecnie w Polsce twórczość filmowa dla najmłodszych niemal nie istnieje. A tej dobrej jest na lekarstwo. "Magicznego drzewa" przegapić nie wolno.



Beata Kęczkowska: Panie Andrzeju, robi pan filmy dla najważniejszej widowni. Czy odpowiedzialność reżysera jest w takim przypadku większa?

Andrzej Maleszka: Zdecydowanie tak. Zapraszam dziecko do wykreowanego przeze mnie świata. Ono przychodzi do kina zaciekawione, czasem trochę niespokojne, ale pełne oczekiwań. Czeka na "Magiczne drzewo" jak na prezent. To jest niesamowita odpowiedzialność, żeby tego dziecka nie rozczarować. Pamiętam, że jak byłem mały, to kiedy film mnie rozczarowywał, nudził, to byłem wściekły, oburzony. No bo ja się na coś cieszyłem, a tu mnie oszukano. Jestem pewny, że "Magiczne drzewo" nie rozczaruje dzieci.

Opowiem pani takie doznanie z dzieciństwa. Moja mama była nauczycielką i jeden z jej uczniów został bileterem w kinie. I wpuszczał mnie na wszystkie filmy. Spędziłem w kinie połowę dzieciństwa. Pewnego dnia trafił się upiornie nudny film, ja byłem jeszcze mały i zasnąłem. Nikt mnie nie zauważył i zamknęli salę. Obudziłem się w ciemnym kinie. Wrzeszczałem, waliłem w drzwi. Wreszcie uwolnił mnie strażnik. Przestraszona mama szukała mnie od wielu godzin. Dlatego, jak zacząłem robić filmy, to przysięgłem, że nigdy nie zrobię filmu, na którym dziecko będzie się nudzić i zasypiać. Bo po głodzie i samotności nuda jest dla dziecka najgorszym doznaniem. Chodzi też o to, by nie dawać złych emocji. Moje filmy mają silną, dobrą energię, bo taka jest natura dziecka. Znam dzieciaki, które mają niesamowite problemy w życiu. My, dorośli, byśmy jęczeli i skarżyli się, a one zachowują siłę i radość życia. I nikt nie ma prawa ich tej dobrej energii pozbawić. Dlatego "Magiczne drzewo" mówi, że świat bywa ryzykowny, ale jest pełen cudownych możliwości.



Nazywa pan swoje filmy nowoczesnymi baśniami. Można by sobie wyobrażać, że powoła pan do życia fantastyczne machiny sterowane komputerami przyszłości, tymczasem pan obdarza magią zwykłe krzesło...

- Komputery są banalne, są wszędzie. Starzeją się w błyskawicznie i nie mają krzty magii. Nastąpił odwrót od Fantasy. Nawet w grach akcja nie dzieje się w świecie techniki. Cudowna moc kryje się gdzie indziej. W świetle, w wodzie, w drzewie. A najbardziej w zwykłych przedmiotach. Jest ogromny przesyt sztucznych światów fantazy. Nowoczesność "Magicznego drzewa" polega na tym, że niezwykłe zdarzenia wróciły do zwykłego świata. Dzieją się obok nas. Dotyczą prawdziwych dzieci, a nie jakichś wybrańców.



Przyznał się pan, że jako dwunastolatek oglądał pan Kurosawę i "Godzillę". Jak ważne pana zdaniem są te pierwsze filmy?

- Byłem jeszcze młodszy, kiedy zobaczyłem "7 samurajów". Nie miałem pojęcia, że to jakieś arcydzieło. Mi się to po prostu podobało. Najfajniejsze w dzieciństwie jest, że człowiek nie ma tego filtra snobizmu, kiedy coś ogląda. Dziecka nie obchodzi, że ktoś dostał Oscara. Historia musi być fajna i koniec. Dlatego tak wielu twórców boi się dzieci, bo tu artysta staje odarty z prestiżu i nazwiska. Po prostu jest wart tyle, co jego film. I to jest moim zdaniem super. Prawdę mówiąc, dziecko wcale nie myśli, że ktoś filmy "robi". Dobry film to jest okno do innego świata. Dzieci nie obchodzi, kto otworzył to okno. A jeśli chodzi o te filmy, które oglądałem jako dzieciak, to była to niezła mieszanka. Tego samego dnia mogłem obejrzeć "Fantomasa" i "Amarcord", który wtedy wydawał mi się dziwną komedią. I to się w dziecięcej głowie doskonale mieszało. Potem wracałem do domu i rysowałem to wszystko. To niesamowite, ale ja do dzisiaj dokładnie pamiętam niektóre sceny z tamtych filmów. Ale najlepsze było to, że opowiadałem je kolegom. To podnosiło mój prestiż w podwórkowej bandzie. Wymyślałem dziwaczne historie, które mieszały kilka filmów. Kurosawa by się mocno zdziwił, gdyby słyszał, jak przerobiłem, jako dwunastolatek, jego historię. Chyba nieźle wytrenowałem wtedy wyobraźnię.



Powiedział pan w jednym z wywiadów, że pana widzowie to są po prostu ci, którzy grają w totolotka. Ci wspaniali ludzie, którzy wciąż ufają, że może zdarzyć się cud. Wie pan, że ostatnio przybyło grających?

- Chodzi o to, że widzowie dorośli też mają potrzebę oglądania filmów magicznych. Z tej samej potrzeby wynika wypełnianie kuponów totolotka. To jest po prostu tęsknota do czegoś cudownego. Pamiętam taki fantastyczny moment na festiwalu w Monachium. Na widowni siedziało chyba 500 dorosłych osób, zawodowców. I w czasie mojego filmu "Drewniany pies" wszyscy krzyknęli w tym samym momencie. Była to scena, kiedy drewniane sanie, obdarzone duszą psa husky, wjechały pod pociąg. Ludzie dorośli wierzyli dokładnie tak jak dzieci, że ten drewniany przedmiot jest czymś cudownym i przeżywali jego losy.



Ocalił pan te sanki?

- Oczywiście. Przecież dobrej energii nie można zniszczyć. Dziecko skleiło rozbite sanie i dało im metalową hulajnogę. I one jeździły na niej jak na wózku inwalidzkim. I w tym momencie tych pięciuset zawodowców w Monachium odetchnęło z ulgą i uśmiechnęło się takim dobrym uśmiechem, dokładnie tak jak dzieci.





Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':