W nocy z czwartku na piątek ruszyła sprzedaż biletów na sierpniowy koncert Madonny w Warszawie. Fani przypuścili szturm na stronę internetową sprzedającą wejściówki. Może to nie był taki szturm, jak kilkanaście godzin wcześniej (tłusty czwartek) na cukiernie, ale trzysta kliknięć na sekundę to niezły wynik. Bilety tak jak i pączki, są jeszcze oczywiście w sprzedaży, nie ma co panikować.
Jeśli chodzi o masowe i szybkie wykupywanie biletów, to wciąż jednak daleko nam do Brytyjczyków. Koncerty Madonny w Londynie i Manchesterze wyprzedały się w kilka minut. Artystka zgodziła się więc na precedens w swojej karierze koncertowej i ustaliła dodatkowe terminy swoich występów. Fani będą zadowoleni, a i konto bankowe też narzekać nie będzie ("Sticky & Sweet Tour" to jedna z najbardziej dochodowych tras koncertowych w historii).
Daleko nam też do naszych północnych sąsiadów. W Helsinkach 76 tys. biletów sprzedano w niecałe trzy godziny, w Oslo 40 tys. biletów w 34 minuty, w Göteborgu 55 tys. biletów w niecałe dwie godziny. Daleko też do Belgów. Na pierwszy w historii koncert Madonny w tym kraju bilety (70 tysięcy sztuk, czyli mniej więcej tyle, ile przeznaczono na Warszawę) sprzedały się w ciągu jednego dnia.
Czy pierwszy polski koncert Madonny wyprzeda się w całości - zobaczymy. Podejrzewam, że tak. Bilety są względnie niedrogie - na płytę kosztują 220 zł, czyli całkiem nieźle, jak za dwugodzinny show, multimedialny spektakl, rewię (nad jej kostiumami pracują najwięksi świata mody), podczas którego artystka wykonuje około 25 piosenek.
Jeśli fani wykupią wszystkie wejściówki, to wezmą udział w jednym z największych koncertów biletowanych w historii imprez rozrywkowych w Polsce. Pierwsze miejsce należy jednak wciąż do (eks)króla popu Michaela Jacksona, który trzynaście lat temu na bemowskim lotnisku zgromadził 120 tys. fanów.
Przeczytaj także: Ten, który wyrzeźbił światło