http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wielki wybuch, czyli giełdy w panice

Witold Orłowski*
2008-10-12, ostatnia aktualizacja 2008-11-13 15:06

Giełda to najczulszy barometr gospodarki. Często przypisuje się jej zdolność do przewidywania przyszłych trendów gospodarczych. Jest to pomyłka. Giełda jest histeryczna, można nawet stwierdzić, że jest najbardziej histerycznym miejscem na całych z natury rzeczy histerycznych rynkach finansowych.

Na kryzys Orłowski
Na kryzys Orłowski
Giełda to najczulszy barometr gospodarki. Kiedy więc widzimy spadające na łeb na szyję indeksy na Wall Street, a w ślad za nimi indeksy w Londynie, Tokio i Warszawie, musimy zadać sobie pytanie: czy to oznacza początek wielkiego kryzysu?

Giełdzie często przypisuje się zdolność do przewidywania przyszłych trendów gospodarczych. Nie jest to tylko naiwna wiara inwestorów i dysponujących niezbyt głęboką wiedzą analityków. W podobny sposób wypowiadają się nieraz znani ekonomiści. I wspierają swoje opinie statystycznymi badaniami dowodzącymi, że w przeszłości giełda lepiej od kogokolwiek innego wyczuwała nadchodzące zmiany w gospodarczym klimacie. Jest to jednak pomyłka. Giełda jest histeryczna, można nawet stwierdzić, że jest najbardziej histerycznym miejscem na całych z natury rzeczy histerycznych rynkach finansowych. Jest więc rzeczywiście instrumentem pokazującym dobrze stan bieżących nastrojów. Ale niekoniecznie barometrem pozwalającym z góry przewidzieć ich zmianę.

Pierwszą iskrą, która spowodowała wybuch obecnego kryzysu giełdowego, była ogłoszona w lipcu 2007 r. informacja, że dwa wielkie fundusze inwestycyjne posiadające aktywa finansowe bazujące na amerykańskich kredytach hipotecznych mogą ponieść z tego tytułu ogromne straty. Nie chodziło o zwykłe kredyty, ale o wynalazek znacznie bardziej diabelski - niepełnowartościowe kredyty hipoteczne, zwane po angielsku kredytami hipotecznymi typu subprime. A ujmując rzecz nieco mniej eufemistycznie, długoletnie kredyty na zakup domów, których banki udzielały, doskonale wiedząc, że najprawdopodobniej nie zostaną spłacone. Iskra wystarczyła: irracjonalny optymizm, którym żyły pomiędzy rokiem 2002 a 2007 światowe rynki finansowe, ustąpił miejsca pesymizmowi. Ale ów pesymizm wkrótce spowodował załamanie cen niemal wszystkich aktywów finansowych, dramatyczne spadki na giełdzie i zagroził kryzysem porównywalnym z tym, który 80 lat temu sparaliżował najpierw rynki kapitałowe, potem sektor bankowy, a na końcu całą światową gospodarkę.

Kiedy więc tylko w lipcu 2007 r. na giełdę dotarły złe wiadomości, główne indeksy na Wall Street błyskawicznie straciły 10 proc. wartości. Straciły - i za jakiś czas odzyskały, bo chwilowo inwestorzy uznali, że być może jest to tylko incydentalny problem dwóch funduszy inwestycyjnych, który nie rozleje się na cały rynek. Ale w miarę tego, jak z instytucji finansowych i gospodarki docierały coraz gorsze informacje, następowały kolejne wstrząsy, jeden silniejszy od drugiego. Kolejny spadek indeksów na Wall Street w listopadzie 2007 r. był równie gwałtowny jak latem, po nim nastąpił znacznie silniejszy spadek w styczniu 2008 r. Potem okresy spadków przychodziły coraz częściej, osiągając - jak dotąd - kulminację w panicznych spadkach obserwowanych we wrześniu i w październiku. Od szczytu w lipcu 2007 r. do połowy października 2008 indeks Dow Jones stracił już ponad 40 proc. swojej pierwotnej wartości.

Wpatrujący się bezradnie w ekrany swoich komputerów analitycy usiłują za każdym razem, przy każdym spadku znaleźć racjonalne wytłumaczenie: raz jest to wiadomość o zagrożeniu upadłością dużego banku, raz wypowiedź wysokiego urzędnika banku centralnego Chin o możliwej wyprzedaży amerykańskich obligacji, raz złe dane z rynku pracy sugerujące bliską już recesję. Raz do spadku cen akcji skłania odrzucenie przez amerykańską Izbę Reprezentantów rządowego planu ratunkowego dla sektora finansowego, a kolejnym razem jego przyjęcie (wraz z komentarzem, że widocznie inwestorzy nie uwierzyli, że wystarczy to dla zażegnania kryzysu). Ale prawda jest gorsza. Za każdym razem spadki oznaczają bowiem jedno i to samo. Stopniowe przerzucenie się od irracjonalnego optymizmu, który kazał wierzyć że horrendalnie drogie ceny akcji są wycenione właściwie i będą nadal wzrastać, do skrajnego pesymizmu, który każe wierzyć, że teraz będą niepowstrzymanie spadać. A kiedy wszyscy wierzą w to, że ceny akcji będą niepowstrzymanie spadać, zaczynają je panicznie wyprzedawać - i gwałtowne spadki rzeczywiście mają miejsce. Po pewnym czasie pesymizm zaczyna być nie mniej irracjonalny, niż poprzednio był optymizm. Irracjonalny w tym sensie, że nie bazuje na ocenie rzeczywistej wartości aktywów i stojących za nimi realnych zabezpieczeń w postaci realnego dochodu i majątku, ale na wierze. Wierze, że na rynkach finansowych i w gospodarce będzie źle.

Kiedy więc patrzymy na obecną paniczną wyprzedaż akcji na giełdzie, powinniśmy zachować nieco zimnej krwi. Oczywiście, że za owymi spadkami stoją prawdziwe problemy gospodarcze. Przede wszystkim stoi za nimi przekonanie, że amerykański i globalny system bankowy toczy obecnie ciężką walkę o przetrwanie. Głównym powodem do zmartwienia są rosnące utrudnienia w udzielaniu sobie nawzajem kredytu przez instytucje finansowe. Kredyt taki, w ogromnych kwotach, jest potrzebny po to, by rynek bankowy mógł sprawnie funkcjonować. Bez niego może łatwo dojść do paniki bankowej, której ostateczną konsekwencją może być tylko fala bankructw, sparaliżowanie systemu bankowego, brak kredytu dla gospodarki i potężna recesja. Działania rządów i banków centralnych - owe biliony dolarów rzucane na rynek - mają właśnie służyć temu, aby rynek międzybankowy nie zamarł, a między instytucjami finansowymi pojawiło się na nowo zaufanie.

Część komentatorów, oceniając piątkowe dramatyczne spadki na giełdach, dorobiła już do tego teorię. Rynek wie lepiej - mówią z nabożną czcią - i ocenił, że działania rządów nic nie dadzą. To jednak nie do końca prawda. Stan rynku odbija tylko fatalny stan nastrojów, nie jest natomiast wcale pewne, czy rynek rzeczywiście "wie lepiej". Tak jak dwa-trzy lata temu mylił się, tkwiąc w irracjonalnym optymizmie, tak teraz tkwi w pesymizmie. I łatwo się z niego nie wyrwie.

I zapewne dopóki z amerykańskiej gospodarki i z amerykańskiego sektora finansowego nie zaczną wreszcie płynąć wiadomości, że kłopoty się kończą - a na to być może będziemy musieli jeszcze czekać co najmniej wiele miesięcy - irracjonalny pesymizm będzie rządził. Bo giełda nie jest barometrem, który z wyprzedzeniem prognozuje zmianę sytuacji, ale rynkiem, którym w znacznej mierze rządzą emocje.

Zobacz także: Jak nie wyrzucać pieniędzy w błoto? Szczere opinie konsumenckie



* Witold Orłowski, były szef doradców ekonomicznych prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Obecnie główny doradca ekonomiczny PricewaterhouseCoopers Polska

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Tomaszewski: - Nie będę kibicował Polsce!

Jeśli partyjna komisja etyki uzna, że strzelam samobóje w tej drużynie, to przysięgam: Przyjmę każdy werdykt i zostanę posłem niezależnym

Dlaczego władza milczy?

Ultraprawicowe podziemie rośnie z roku na rok. Ataków jest coraz więcej i są coraz lepiej zorganizowane. A władza w najlepszym razie przysyła policjantów - pisze Jacek Żakowski