http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zysk z zapóźnienia, czyli co grozi naszym oszczędnościom

Witold Orłowski*
2008-10-09, ostatnia aktualizacja 2008-10-09 14:59

Między sytuacją banków polskich a amerykańskich jest spora różnica. Paradoksalnie, ratuje nas nasze zapóźnienie. Polski nowoczesny sektor bankowy ukształtował się w ciągu minionych kilkunastu lat, startując niemal od zera. Nie miał ani dostatecznej wiedzy, ani powodu zapuszczać się na niebezpieczne wody nowatorskich technik i instrumentów finansowych, które wymyślali Amerykanie.


Rys. Jacek Gawłowski
Polacy nie są narodem, który dysponuje wielkimi oszczędnościami. Przeciętna polska rodzina posiada aktywa finansowe w wysokości 50 tys. zł; rodzina amerykańska - 14 razy większe, rodzina z Zachodniej Europy - 7-10 razy większe. Łączne aktywa finansowe Polaków odpowiadają blisko 65 proc. wartości polskiego PKB, podczas gdy w Europie Zachodniej relacja ta wynosi zazwyczaj 150-200 proc., a w USA - ponad 300 proc. Jednak fakt, że mamy stosunkowo małe oszczędności, nie oznacza wcale, że nie są one dla nas ważne. Wręcz odwrotnie - to właśnie o skromne oszczędności najbardziej się boimy, bo wiemy, jak trudno było je zgromadzić i jak wielkie nadzieje łączymy z ich posiadaniem. Zaufanie do pieniądza, do banków, do giełdy i do instytucji finansowych budowaliśmy w Polsce mozolnie przez kilkanaście lat, a zrujnować je może nawet jeden przypadek poważnego kryzysu.

Oszczędności Polaków podzielone są pomiędzy różne instrumenty finansowe. Część z nich nie ma charakteru płynnego, co oznacza, że z różnych przyczyn nie możemy zamienić ich na gotówkę lub inne aktywa (tak jest np. z udziałami w otwartych funduszach emerytalnych - na szczęście o ich przepadek nie musimy się niepokoić, choć oczywiście nasze odłożone tam składki mogą stracić część swojej wartości). Skoncentrujmy się więc na takich oszczędnościach, które są lokowane na podstawie naszych własnych decyzji. Ich głównym składnikiem są w Polsce depozyty bankowe - gospodarstwa domowe trzymają w bankach niemal 300 mld zł. Na drugim miejscu wciąż lokują się (mimo odnotowanego w ciągu minionych miesięcy spadku) udziały w funduszach inwestycyjnych (ponad 70 mld zł). Potem są akcje (ok. 40 mld), polisy na życie (ok. 30 mld), wreszcie obligacje skarbowe (ok. 15 mld). Jeśli popatrzy się na strukturę oszczędności finansowych Polaków, jasno widać, że straty na inwestycjach giełdowych (wraz z zakupem jednostek udziałowych w funduszach), choć dla wielu z nas bardzo bolesne i niespodziewane, nie stanowią najważniejszego problemu. Najważniejsze jest to, czy bezpieczne są nasze depozyty ulokowane w bankach.

Teoretycznie depozyty bankowe powinny być całkowicie bezpieczne. Bank podejmuje za nas ryzyko związane z inwestowaniem (głównie udzielaniem kredytów), oferując w zamian dochód odsetkowy nieduży, ale bezpieczny. Niezależnie od tego, jak zyskownie bank zainwestuje nasze pieniądze, my mamy zagwarantowany zwrot kapitału z odsetkami. A zmartwieniem banku jest, aby na kredytach zarobić jeszcze więcej i wygenerować także zysk dla siebie.

To wszystko jest jednak prawdą tylko do momentu, w którym sam bank nie wpadłby w kłopoty. Jeśli podejmie zbyt ryzykowne decyzje, jeśli straci pieniądze na inwestycjach, jeśli nie odzyska kredytów - grozi mu utrata płynności finansowej i widmo bankructwa. Ludzie zazwyczaj o tym się dowiadują, wybucha panika, wszyscy na gwałt chcą wycofać swoje depozyty. A wówczas oczywiście bank wstrzymuje nie tylko wypłaty naszych "zagwarantowanych" odsetek, ale nawet samej kwoty naszego "całkowicie bezpiecznego" depozytu. Coraz częściej spotykamy informacje, że niektóre banki amerykańskie, a teraz również zachodnioeuropejskie, stoją na skraju upadłości. Czy grozi to bankom polskim?

Przede wszystkim musimy zrozumieć, że między sytuacją banków polskich a amerykańskich jest spora różnica. Zabrzmi to paradoksalnie, ale ratuje nas nasze zapóźnienie. Polski nowoczesny sektor bankowy ukształtował się w ciągu minionych kilkunastu lat, startując niemal od zera. Nie miał ani dostatecznej wiedzy, ani powodu zapuszczać się na niebezpieczne wody nowatorskich technik i instrumentów finansowych, które wymyślali Amerykanie. Dla uzyskania wysokiej zyskowności polskich banków nie trzeba było inwestować w wysokodochodowe, lecz ryzykowne instrumenty pochodne albo udzielać kredytów hipotecznych osobom bez dochodów. Polskie banki w ciągu ostatnich lat doskonaliły się w robieniu tego, co banki zachodnie robiły od dziesięcioleci - zbieraniu z rynku depozytów i udzielania normalnych, dobrze zabezpieczonych kredytów. Kilka lat temu mogliśmy zżymać się na ich konserwatyzm, na wypłacane niskie odsetki, na nadmierną ostrożność przy inwestowaniu, której wymagał od nich polski nadzór finansowy. Dziś to zapóźnienie stało się siłą, bo bilanse naszych banków są dzięki temu zdrowe, a kredyty bezpieczne - zwłaszcza że nasza gospodarka rośnie. Wypłacalność banków jest więc niezagrożona, a w konsekwencji niezagrożone są nasze depozyty.

Pewien problem jednak jest. Niemal wszystkie duże polskie banki są własnością zagranicznych grup bankowych. Czy możliwe jest, że kłopoty banków-matek mogą oznaczać ryzyko niewypłacalności polskich banków-córek?

Jakieś ryzyko oczywiście jest, ale bez przesady. Polskie banki-córki to zazwyczaj osobne przedsiębiorstwa, z których nawet w przypadku własnych kłopotów zagraniczny bank-matka nie może po prostu wyciągnąć gotówki. Jeśli coś wchodzi w grę, to raczej sprzedaż naszego banku innemu właścicielowi - rzecz dla nas zawsze nieprzyjemna, bo wiążąca się z zawirowaniami, ale niezagrażająca naszym depozytom. Polskim bankom grozić może raczej spadek zysków niż widmo bankructwa, a ich klientom raczej większe kłopoty z uzyskaniem kredytów niż przepadek oszczędności.

Jeśli jednak dojdzie do najgorszego i z jakichś powodów polski bank stanie na skraju niewypłacalności, to także jeszcze nie koniec świata. Od tego mamy NBP, aby mu pomógł. Może mu udzielić awaryjnej pożyczki, nawet wiedząc, że być może nigdy nie będzie zwrócona, może też poszukać prywatnego inwestora, który zechce go przejąć. Problem pojawiłby się dopiero wtedy, gdyby doszło do masowych bankructw. To jednak Polsce nie grozi, bo nasz sektor bankowy - powtórzmy jeszcze raz - jest zdrowy, niezaangażowany w ryzykowne inwestycje i dobrze nadzorowany.

No a jeśli jednak dojdzie do najgorszego i bank, w którym trzymamy oszczędności, zbankrutuje? Cóż, wtedy zawsze jeszcze pozostaje system ubezpieczenia depozytów. Wszystkie wkłady do wysokości 22,5 tys. euro są zwracane w ponad 90 proc. niezależnie od losów banku, zwrot reszty zależy od tego, jak byłby przeprowadzany proces bankructwa - im więcej aktywów udałoby się spieniężyć, tym większą część depozytów syndyk oddałby wierzycielom. Ale to już naprawdę ostateczność.



*Witold Orłowski był szefem zespołu doradców ekonomicznych prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Obecnie jest głównym doradcą ekonomicznym PricewaterhouseCoopers Polska

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Tomaszewski: - Nie będę kibicował Polsce!

Jeśli partyjna komisja etyki uzna, że strzelam samobóje w tej drużynie, to przysięgam: Przyjmę każdy werdykt i zostanę posłem niezależnym

Dlaczego władza milczy?

Ultraprawicowe podziemie rośnie z roku na rok. Ataków jest coraz więcej i są coraz lepiej zorganizowane. A władza w najlepszym razie przysyła policjantów - pisze Jacek Żakowski